pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page

w środku mnie

niedziela, 18 maja 2014

nareszcie sie zdiagnozowałam. od paru dni mnie coś uwierało w środku, jakiś brzydki osad na wszystkim, wieczny smutny i zimny cień. jestem obolała psychicznie. bolą mnie ludzie. uświadomiłąm sobie, że istnieją ludzie, ktrórzy dla przyjemności ranią, pomniejszają lub szkodzą innym ludziom. robią to świadomie i z premedytacją. do tej pory naiwnie myślałam, że można z rozpędu palnąć coś i sprawić komuś przykrość. że można mieć jakiś konkretny powód, żeby stawiać bariery. że można skrzywdzić kogoś w obronie własnej. ale okazało się, że bezinteresowne skurwysyństwo kwitnie. i jest bardzo niefajne, kiedy emanuje z sąsiadów. a najgorzej, gdy odkrywasz je w kimś, kogo uważasz za przyjaciela. 

boli.

kocham moje psy.

zbliżyłam się z kotką.

tęsknię do kur. i do koguta.

do ludzi tez, ale ludzie bolą.

piątek, 30 grudnia 2011

właśnie to odkryłam.

oglądacze Doktora House wiedzą, o czym mówię.

sezon 4, odcinek 14  "Living the Dream"

nie robię tego, co naprawdę chcę. robię to co muszę, co powinnam, co wydaje mi sie, że powinno być zrobione. robię to, czego inni po mnie oczekują i co wydaje mi się, że oczekują. robię te rzeczy, ktore mają uszczęśliwić innych albo im sprawić przyjemnosć. nie robię tego co chcę. nie mówię o jakichś rujnujących rodzinę pomysłach /rzucę wszystko i pojadę motocyklem nad Bajkał - takie moje jedno stare i niemądre marzenie/, mówię o drobiazgach większych i mniejszych. przymus robienia tego co muszę tak mnie zgnębił i spętał, że nie został nawet kawałeczek na to co chcę. a jeśli już zdarzy się tak, ze zrobię to co chcę /serial wieczorem, zamiast zmywania po kolacji/, męczą mnie wyrzuty sumienia i frustracja. to jest powodem moich problemów w małżeństwie i to jest /najprawdopodobniej/, powodem moich depresji. obwiniam Borsuka o to, że moje/nasze życie wyglada jak wygląda, że jestem jaka jestem. bo nie robię tego, co Kasia chciałaby najbardziej dla Kasi! nie jestem asertywna! nie mam tej niezbędnej szczypty zdrowego egoizmu! a najgorsze jest to, ze - po pierwsze - nie wiem już sama co ja bym mogła chcieć, co ja chcę dla samej siebie, po drugie - nie umiem się uwolnić od poczucia winy, obowiązku i presji, że muszę.

nie dbam o siebie, nie kocham siebie - jak więc mam dbać i kochać innych?

czy to też mieści się do szufladki DDA?

co zrobić, jak się uwolnić, jak się 'dopieścić' i o siebie zadbać?

nie chcę być zmierzłą, upierdliwa Ksantypa, nie chce byc skwaszona, nieszczesliwa, zgorzkniala. nie chce, zeby moje dzieci to widzialy i stwaly sie podobne do mnie.

jak to sie stalo? dlaczego stalam sie wlasnie taka? czy to bylo zapisane gdzies w genach i wylazlo w sprzyjajacych okolicznosciach? etos meczennicy, "MatkiPolki". brak wiary w siebie i poczucia wlasnej wartosci, opcja "nie warto dla mnie" i "nie zasluguje"

gdzie ta dziewczyna z motocyklem, wesola, otwarta, pelna wiary, szalonych pomyslow, energiczna, spontaniczna, zakochana...

szlag! cholera jasna z tym zyciem...

ps: w oczekiwaniu na czesc z PL /przypominam - nagrzewnica, czy jak sie tam tlumaczy 'heatting box'/, padlo sprzęgło, naprawione, padlo znowu tylko cos trochę innego. Eli ma katar, Rutce postawilam banki a Borsuk steka. o niego martwie sie najbardziej - bo astma + przeziebienie = klopoty.

pps: święta BN byly i sie skonczyly, Hanukkah tez minela. mam nadzieje, ze milo spędziliście ten czas. przed nami jeszcze tylko Sylwester i zakonczenie 2011 roku. nie byl to dobry rok dla mnie - narodziny Eliasza lekko rozświetlają te 12 miesięcy... poronienie, ciezka ciąża, anemia, popsute biodra, baby blues...

ppps: oby 2012 byl lepszy - czego Wam i nam życzę. i łudzę sie, ze to jednak nie ten ostatni ;)

pppps: Wilson jest wziętym lekarzem i jednak jest sympatyczniejszy ode mnie.

niedziela, 21 lutego 2010
próbuję chodzić po domu z zamkniętymi  oczami.
niełatwo.
konfiguracja wszystkiego zmienia się zbyt szybko.

właściwie jakbym się trochę bardziej zmobilizowała, to bym mogła!
jakbym wstała wcześniej, to bym zdążyła!
jakbym się szybciej ruszała, to bym dała radę!
jakbym nie chodziła z pustymi rękami, tylko za każdym razem mimochodem coś odniosła na miejsce...
jakbym się przeszła z miotaczem przez cały ten pierdzielnik, ugh! alez by sie zajefajnie hajcowało!!


przewidywalność i powtarzalność wszystkiego mnie dobija.

jeszcze jedna pralka pełna brudów. jeszcze jeden zlew pełen garów. jeszcze raz stado pustych brzuchów do zapełnienia. jeszcze jeden spacer tymi samymi ścieżkami.
od  rana - otwarcie oczu i od razu Ariel do mycia - coporanna kupa na miły początek dnia. ta sama dyskusja z Rutką, ze trzeba się ubrać, najpierw majtki, potem rajstopy! stała zmienna - co dziś na śniadanko. moze to a moze tamto a moze jednak jajo sadzone? moja herbata pita w międzyczasie i jakieś śniadanie jedzone ukradkiem. fotel bujany przed kompa dla dziewczyn i coporanne 3 bajki - a ja tradycyjnie lecę pod prysznic. oczywiście - uchylone drzwi i czujne ucho. bo dla urozmaicenia jakaś walka między dziewczynami i wykatapultowana a mokra muszę interweniować. jak pogoda - jakiś spacer. ale jak zwyczajna obrzydliwość na dworze - jak zwykle bawimy się w domu. i jak zwykle masa możliwości - klocków budowanie, książek czytanie, kuchni demolowanie, namiotów stawianie, pisanie, klejnie, cięcie i kłócenie się co jakiś czas. lub dla odmiany coś innego z szerokiego repertuaru zabaw domowych. moze składanie prania? o! pamiętam te gatki z poprzedniego cyklu. dla urozmaicenia poskładam je tym razem inaczej. zmywanie? tym razem talerze nie według wielkości ułożę na suszarce, a kolorami. a kubki ucho w lewo zwrot! zasikanymi pampersami pogamy w nogę. o goool! ale i tak trzeba się schylić i je wrzucić do kosza. bęc! pudło. i szybko wiejmy z pralni, bo bałagan tamtejszy wzywa poczucie obowiązku. a za nim pędzi poczucie winy. bo jak zwykle olewam zabałaganione kątki i siadam z kawą pod kaloryferem. jak zwykle ledwie uda mi się cokolwiek przeczytać albo dziergnąć jakieś dwa głupie słupki. ale tradycyjnie - zapieram się i walczę do upadłego, zeby chociaż kawę wypić za jednym, nieprzerwanym posiedzeniem. ale sposobów na gwaratowane przerwanie matce pozornej chwili relaksu mamy całe kopy! można sobie paluszki przytrzasnąć. można chcieć siku. albo kapeć spadł z nogi, więc wrzucę go za sofę a bez kapcia chodzić się da!! i pozostaje jeszcze 57 innych pomysłów...
a to dopiero 10, no, może 11 rano.

kocham to moje 3K.
no pewnie, że tak!
ale nieustannie mam miejsce w sercu i potrzebę w głowie na coś jeszcze.

coś jeszcze!!
bo zwariuję!
sobota, 09 stycznia 2010
no tak.
nastolatek prze-szczęśliwy. odwiedził szkołę w piątek, zeby dowiedzieć się, że ma wolne aż do czwartku. ale do polskiej dzisiaj pędził jak rączy jeleń! raczej ze względów towarzyskich, niż z głodu wiedzy...


zima trzyma. niechętnie kręcę się po domu, a moje zamarznięte myśli opornie kręcą się w głowie.
tęsknie, marzę, myślę, planuję.
jakieś zapomniane struny mi w sercu grają, cienie dawnych spraw niejasno przemykają, mieszanka melancholii i optymizmu.

odkrywam i przypominam sobie Strachy na Lachy, Happysad, Bukartyka i inne takie.
po dekadzie znowu obejrzałam Cube i nieustannie rozgryzam analogie do świata, życia i ludzkich wyborów.
ognisko bym chciała, miliony gwiazd nad głową, mocny napój w ręku i głębokie jak ocean nocne Polaków rozmowy.

tęsknię i marzę i planuję.
jak to wszystko, wszystko, wszystko pomieścić w tej reszcie życia, która mi została!?
muszę szybciej żyć! ;)

wtorek, 24 listopada 2009
kupiona już jakiś czas temu, czekała na swoją kolej do przeczytania.
nasze lektury ostatnimi czasy są znaczące i bogate w treści. tak też jest i z "Księgą Rut"

zacznijmy od tego, że otwiera sie ją "odwrotnie". każda strona zawiera oryginalny tekst pisany po hebrajsku i jego jak nadokładniejsze tłumaczenie na język polski - to zazwyczaj jedno zdanie, czasami dwa. reszta strony to komentarz, ba! czasmi tych komentarzy jest parę kartek! wyjaśnienia wymaga tak naprawdę wszystko - język, jego znaczenia, konteksty, dwuznaczności, kultura, zwyczaje, tradycje, są tam odwołania do interpretacji rabinów, do żydowskich przekazów ustnych, do innych Pism, do Kabały. z niezrozumiałej opowieści o teściowej i synowej robi się głęboka, mądra, treściwa i poruszająca historia. każde słowo ma tam znaczenie, głębsze i treściwsze niż widzimy. każde zachowanie wypływa z ważnych przesłanek - Prawa, tradycji, obyczajów.
i tak sobie myślę - ileż traci chrześcijaństwo odwracając się od judaizmu. ileż tracą chrześcijanie nie zagłębiając się w Stary Testament i nie próbując go naprawdę zrozumieć. nabiera to specjalnego znaczenia, gdy uświadomimy sobie, że nasz Mesjasz to Żyd! On znał te historie, On się ich uczył, On je rozumiał! dla Jemu współczesnych właśnie Tanach była źródłem wiedzy o charakterze i przymiotach Najwyższego! to do Żydów mówił Pan, ich uczył, nagradzał i karał, z nich uczynił swój Naród Wybrany - to oni najlepiej Go znają!
fascynujące jest zbierać chociaż okruchy tej wiedzy i mądrości :)

w drugiej części książki jest "Esej o Dziesięciu Przykazaniach". to będzie treściwa, wartościowa lektura. ale może być ciężkostrawna i pozbawiająca spokoju i złudzeń. mimo wszystko - warto :)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10