pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
poniedziałek, 23 listopada 2015

och, to byl dlugi i ciezki tydzien. mam nadzieje, ze inne tygodnie nastepujace po Piatku Trzynastego nie beda az tak ciemne... 

och, przygniata mnie to wszystko, wysysa ze mnie energie, jakas czesc mojej duszy ciagle, nieustannie placze, bo wlasnie teraz, gdzies, komus dzieje sie okropna krzywda, jakies dziecko cierpi, jakas istota ludzka nie widzi nadziei - a ja jakos to wszystko odczuwam - jakbym byla polaczona miliardami niewidzialnych strun z kazdym na swiecie i ich wibracje -wprawdzie przytlumione- ale docieraja i do mnie. wciagam wraz z powietrzem strach, bol, nienawisc - i jestem od tego chora. 

nie da sie nie wiedziec. a wolalabym nie wiedziec. 

jedyne co mi - i mysle nam wszystkim pozostaje - to kochac tych, ktorych kochamy, jeszcze mocniej i doceniac to co mamy, jeszcze bardziej. i nie nienawidzic....

wiec caly weekend sie rozpieszczlismy. wzielismy psy na zimny, nadmorski spacer. a potem zaprosilismy sie na goraca czekolade. dzieci mialy mniej zdrowe, ale wytesknione sobotnie sniadanko. integrowalismy sie wieczorowo z sasiadami, az o jeden kieliszek wina za duzo! przynajmniej ja ;) kokosilismy sie w lozku do poludnia, troche cos ogladajac, troche czytajac i troche sie wydurniajac. nakruszylismy sobie do lozka tostami. mielismy stado sasiedzkich dzieci w domu i ich dzikie gonitwy. otworzylismy domowa produkcje swiatecznych kartek. "mamo, to byla najfajnieszy weekend ever" powiedzialy moje dwujezyczne dzieci. niechby mi tak mowily 52 razy do roku....

 

 

stado w szkolach i przedszkolu. praktyki zawodowe dopiero po poludniu. trzeba zabrac sie do roboty. pisac, sprzatac, czytac, gotowac i takie tam...

czwartek, 19 listopada 2015

empatia jest zabojcza.

jak jej nie masz, gina ludzie dookola.

jak ja masz, powoli umierasz od wspolodczuwania.

 

 

 

 

piątek, 13 listopada 2015

jak uszczesliwic 10 nog na raz? kupic mi kalosze! upolowalam sobie w TKmaxie, piekne, rasowe, w moim monstrualnym rozmiarze. tak sie wlasnie czuje, bowiem na kaloszach widnieje rozmiar 11. a do tej pory myslalam ze mam 9-9,5... tak czy  siak - sa przepiekne. i natychmiast wzielam psy na spacer. zapakowalam wieczorem do samochodu i pojechalam na ugor. miesiac trwala ich kara i moja trauma. w weekendy tylko jezdzily na plaze, a reszte tygodnia wychodzily tylko do ogrodka. dalej sie obawiam wyjsc z nimi na smyczy. ech, potwory! jako, ze natychmiast musialam wyprobowac moje cudowne kalosze, absolutnie nie zwazajac, ze jest juz ciemno, wsadzilam potwory do bagaznika i zjechalam z gorki, doslownie 300m, do "bramy" pobliskiego pola. pole to mega wielki ugor, resztki nigdy nie dokonczonej, a nawet porzadnie nie zaczetej budowy. kupy gruzy, zagon trawy, kepy rozmaitych haszczy, skladowisko wielkich, cementowych rur, bagienko ze strumyczkiem, labirynt z tych wszechobecnych, irlandzkich, kolczastych krzakow, dwie stare sofy, hustawka na kulawym drzewie i waskie sciezki pomiedzy tym wszystkim. urocze miejsce, zwlasza w deszczowy, listopadowy wieczor. ugor jest w dolku a do tego co wyzsze krzaki robia cien - jest naprawde fantastycznie ciemno. lubie ciemnosc. dobrze widze w nocy, nigdy nie zapalm swiata jak wstaje do lazienki, robie "ciemnosciowe spacery" z dzieciakami, lubie jezdzic w nocy. taki spacer to jednak troche wyzwanie. malo znam ten ogor, nawet za dnia potrafie sie tam zaplatac. a do tego te waskie sciezki, dolki-gorki, jezyny i kamienie. psy znikaly co chwile, zwlaszcza ten czarny ;) ganialy, tarzaly sie, obwachiwaly wszystko - pelnia szczescia calej trojki. pewnie ze chwilami bylo hardkorowo i off-roadowo. jak mi ziemia spod nogi zniknela i malo orla nie wycielam w jakis bagnisty dolek. albo jak sciezka zniknela w jezynach, ale ja uparcie probowalama jeszcze chwile nia isc, a potem w panice sie wyplatywalam. albo jak zabladzilam w labiryncie iglastych krzakow i naprawde nie mialam pojecia w ktora strone isc i dopiero psy mnie wyprowadzily - a wlasciwie Sharon i jej poblyskujaca w swietle gwiazd jasna siersc... taki maly spacer, a tyle przygod! alez bylo czadowo! tak bylo czadowo, ze dzisiaj to powtorzylam. i zamierzam codziennie znalezc chwile na moja mala przygode...

tak wlasnie jedne kalosze uszesliwily 10 nog :)

 

i dzisiaj jeszcze bylismy na waznym zebraniu. zbieralo sie sasiedzkie cialo w postaci stowarzyszenia oraz stosownej pani z City Council, odpowiedzialne za tego rodzaju aktywnosci, jak "neighborhood association". w zwiazku ze slaba frekfencja /mieszkancow bylo 3 - w tym 2 Freye i pani skarbniczka, nazwijmy ja pani Babcia/. po przemilej konwersacji przy herbatce i ciasteczku, nagle okazalo sie, ze Gandalf jest vice-prezesem, a ja sekretarka! do tej pory nie moge otrzasnac sie z szoku. i ekscytacja mnie ogarnia i trzese sie troche z obaw. wprawdzie zamierzalam na poczatek tylko troche popomagac, ale jak widac, nie ma komu... nagle rozmaite moje i nasze marzena plany staja sie realne /posadzmy na osiedlu owocowe drzewka i krzewy! zaangazujmy dzieciaki do sadzenia i opiekowania sie i w koncu cieszenia sie owocami wlasnej pracy! albo urzadzmy grzadke z truskawkami i niech kazdy ma swoj krzaczek z tabliczka i niech sie troszczy! community garden zrobmy!/. a dotego okazuje sie, ze moje najwieksze zmartwienie - czyli jak ugryzc sprawe formalna, zgody, plany, ubezpieczenia - tym wszystkim zajmuje sie z marszu pani Klara. no i miasto jest w stanie dac jakies fundusze! albo chociaz pomoc cos/gdzies/skas/jakos zalatwic. wow. przeciez ja wlasnie po to te moje Social Studies robie! zawsze lubilam rozmaite zwariowane projekty i pomysly to moja specjalnosc, i pora je robic i wdrazac i zmieniac swiat, ale... zawsze mialam taka schize, ze w zyciu nie chce sie rozpychac posrod lokalesow, nie chce zabierac sie jakies projekty, zeby nie bylo, ze przyjechaly Poloki i sie rzadza. ale jak stajesz w pozycji pracownika socjalnego - aaa... to troche inaczej wyglada. moze tylko w moich oczach ;) wiec sami rozumiecie, ze sie troche trzese. i chcialabym zakasac rekawy i rzucic sie w wir, ale i nie mam zludzen - czasu na razie nie mam, zeby wlasny dom ogarnac, szkola mnie pochlania calkowicie. a coz dopiero jakies powazniejsze, wymagajace wiekszego zaangazowania projekty! niechbym juz mogla swobodnie czytac+pisac+mowic jakby nigdy nic, ot, tak, bez slownikow, baboli jezykowych, pustki gramatycznej i dziur w glowie... a na razie mozolnie. och, postep jest, sama to widze! ale gdzie mi tam...

no, ale nic to, Baska - jak mawial maly pan Wolodyjowski do swojej ukochanej. 

trzeba sie brac z zyciem za bary, zageszczac ruchy, przestac tracic energie na stresy i zmartwienia ale dzialac, dzialac! alleluja i do przodu! :)

zafundowalam sobie ciut luzu, juz drugi wieczor bez nauki. oddalam pierwszy, powazny i ponoc calkiem spory "assassment" i drugi mniejszy, ale u surowszej wykladowczyni. nastepne, wcale mnie mniejsze, juz sie pietrza. od jutrzejszego wieczoru sie za nie zabieram, ale tez jeszcz troche na pol gwizdka. w weekend, w nagrode, bede uprawiac rekodzielo! taks ie stesknilam za robotkami! gdzie moje szydelka! niech ja cos stworze!zatem - wraz z moja ekipa zamierzamy filcowac! absolutnie bowiem potrzebuje torby na laptopa, a stado potrzebuje rodzinnych aktywnosci domowych :) 

wiec, istnieje realna obawa, ze bede sporadycznie. ale bede. jakze milo mi sie pisze po polsku! szybciej, bez sprawdzania spellingu i konsultacji z translatorem! wszystkie niuanse moge zwerbalizowac, zbudowac zdania potrojnie zlozone, moge pozonglowac imieslowami! co za rozkosz dla mozgu! pisze, pisze i az chyba ksiazke jakas zaczne pisac. no bo! nawet teraz - rozstac sie klawiatura nie moge!

 

znikam wiec wreszcie. trzymajcie sie  cieplo i nie dajcie pogodzie!

sobota, 07 listopada 2015

wiecie co ja mam w glowie? wyobrazcie sobie kogos, kto przygotowuje anonimy, duzo anonimow. po angielsku. wszedzie ma porozkladane maciupkie wycinki gazet, ze slowami pisanymi roznymi czcionkami, kolorami, rozmiarami. po angielsku. wszedzie tych papierkow pelno. po angielsku. i nagle wpada kot, robi przeciag i wszystko - fruuuuu! fruwa w powietrzu i tanczy... walca angielskiego! jak spie to wszystko trzepocze sie w mojej glowie, rozswietlone jakimis chaotycznymi, dyskotekowymi swiatlami. skupiam sie, staram wytrzeszczam oczy i nigdy nie udaje mi sie przeczytac calego slowa, a czytam naprawde szybko! tylko pare liter ze srodka, jakis ogolny zarys slowa, ilosc sylab - cos mi swieci, gdzies mi dzwoni, mam to na koncu jezyka - ale cholera jasna - nie wiem! nie pamietam! albo - wiem, ze wiem, ale nie moge sobie przypomniec! sieczka z mozgu!

tak cos czulam, w pierwszy poniedzilek po feriach, ze kryzys nadchodzi. gdzies tam strzelilam babola jezykowego, ku uciesze gawiedzi, potem trzy razy nie moglam pojac prostego pytania mojej szkolnej kolezanki - coz z tego, ze z Londynu. i jeszcze sie okazalo, ze lekko sie moje odpowiedzi rozminely z pytaniami w moim dosc kobylastym "wypracowaniu". niezle sie potem napracowalam nad poprawkami. i chcialam tylko wiedziec, czy tresci tam zawarte maja sens. a dowiedzialam sie, ze moj angielski to ojojoj....wiec moze powinnam jednak .... ech. niewazne. poryczalam sobie w lazience. calkiem jak te niewdzieczne, aroganckie studentki Nie_ty. potem mnie tutorka zlapala i wyjasnila, ze to wcale nie tak i ona wcale nie uwaza, ale skoro i w ogole. mila babka, tak swoja droga, i calkiem ja lubie i wiem, ze jest mi zyczliwa, ale jakos niefortunnie to wszystko wyszlo. kryzys osiagnal szczyt i miara sie przebrala. 

ale ja nie zamierzam sie poddac. ugh!

wpadlby mi ktos czasem posprzatac? bialoglowa wskazana, Gandalf jest kochany, ale same wiecie ;)

deadline goni, ale dzisiaj jest piatkowy wieczor. relax......

piątek, 30 października 2015

kartoflane ferie w pelni. troche na niby, bo okazalo sie, ze musze zrobic kurs pierwszej pomocy a innego terminu nie ma. jakos sie uchowalam na poczatku wrzesnia, ma to swoje zady i walety... wiec trzy dni z samego srodka ferii poszly sie kursowac. 

tak swoja droga - kurs pierwszej pomocy to nic trudnego, w Polsce robilam go pare razy, na roznych poziomach i praktyke calkiem sprawnie ogarniam. ale trzy dni intensywnego kursu, bez zadnych materialow i bez mozliwosci robienia notatek /tempo!/, zakonczone pisemnym egzaminem - uwazam za niesprawiedliwe dla cudzoziemcow. pan instruktor pocieszal nas, ze to tylko taki malutki test pamieci. ha. ha. ha. osobiscie z ilosci przyswojonej przeze mnie wiedzy jestem niezadowolona, ale mysle ze egzamin zdalam. 

z reszta - nie mam czasu o tym myslec. kolejne terminy mnie gonia i rozmaite prace wolaja o dokonczenie albo i rozpoczecie. na naszej grupie na FB co chwile ktos sie chwali, ze znowu cos skonczyl, a ja ciagle w lesie... a tu maz wola na kolejny odcinek serialu. tym razem "Luther" - dobry ale moj entuzjazm slabnie.

a Arielka znowu ma goraczke....

a jutro Halloween...

a pacjent z wylewem czeka na plan opieki. i kondolencje sie musza napisac...

a 30 najpopularniejszych pytan zadawanych na interview czeka na odpowiedzi... 

a nawet nie wspomne o balaganie...

a tam.... ide.