pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
czwartek, 30 października 2014

jedyna pozostaloscia heloweenowej imprezy jest balagan. nikt nie zrobil ani jednego zdjecia! a przebrania byly wyjechane w kosmos! na swoje usprawidliwienie mamy fakt, ze bylo 10 dzieci. zupa z dyni, dziury od swiec w obrusie, popkorn i czekoladowe monety, pokaz talentow i kalambury oraz ciemnosciowa wyprawa na pole i palenie zimnych ogni. a jak sie wreszcie udalo polozyc stado spac, bawili sie dorosli. tak naprawde, to nasza pierwsza helloweenowa impreza! rozkrecamy sie ;)

dotychczasowy bilans kartoflanych feri:

- Igor spedzil 3 dni w szpitalu, gdzie leczyli mu "lokiec Popeya" :/

- panny biora udzial w basenowych "polkoloniach" w Splashworld :)

- Eli dochodzi do siebie po trzydniowych sensacjach brzuchowo-wirusowych :/

- dziewczyny nauczyly sie grac "we wojne" w karty i reszty sie domyslcie ;)

- zaczelam i skonczylam ksiazke "moja Afryka" Kingi Choszcz - odswiezyla wspomnienia i ozywila marzenia...

- zapomnialam o odgornie wyznaczonym, waznym spotkaniu w Intreo /ajajaj!/, ale tylko dlatego, ze wczesniej juz bylam umowiona na swoje wolontariackie aktywnosci w Waterford Women's Centre

- odkrylismy Harrego Pottera i zaczelismy familijnie ogladac :)

 

a co u Was?

poniedziałek, 27 października 2014

w tym roku tydzien sie nam wydluzyl a weekend sila rzeczy skrocil. wszystko za sprawa polskiej szkoly - zajecia od 9 do 12.30 a potem tradycyjny basem. czyli normalna rutyna - troche jednak atrakcyjniejsza ale i tak eksploatujaca... nawet w dwie matki /na szescioro dzieci/. wydawac by sie moglo, ze nic by nas /mnie i dzieciakow/, nie uszczesliwilo, jak leniwy niedzielny poranek. wydalo sie jednak, ze wcale nie. rozlazle poranki skutkuja marudzeniem, klotniami i w efekcie wsciekla matka. 

uknulam wiec plan na niedzielne poranki. hej, ekipo, zrobmy psom frajde! co powiecie na wielki, nadmorski spacer? a ze psy musza jechac bez sniadania, zeby nie zarzygaly samochodu, spacer nalezy przedsiewziac rano. wiec siodmy /czy pierwszy/, poranek tygodnia tez jest pozbierany. och, troche sie lenimy, kokosimy w lozku, jemy sniadanie w pizamach... ale potem zaraz sie pakujemy i jedziemy, bo przeciez nie ma co czekac! pusta plaza czeka a psom w brzuchach burczy!

nasza ulubiona to Brownstown, chociaz moze to Lisselty?

dzisiaj wieje, wieje ale jest cieplo a i mgla jest lekka, nie skrapla sie i nie mokniemy.

 

 selfie na dobry poczatek wyprawy

 poklocmy sie o tego glona, mimo, ze jest ich pelno dookola... 

 zabawa polega na tym, ze sie czeka na wieksza fale, a jak wreszcie przychodzi, to sie powoli ucieka wrzeszczac i piszczac wnieboglosy :D

 spacerowa Wymowka i Pretekst ;) czyli Sharon i Ragnar

 cala moja halasliwa, niesubordynowana, klotliwa, mokra i zapiaszczona piatka :)

 piknik pod wiszaca skala ;)

 bula gf z maslem, w takich okolicznosciach przyrody, smakuje wprost wysmienicie! 

a ciagle ciepla kawa w starym termicznym kubku jest przepyszna!

 

 "usiadzcie i usmiechnijcie sie, to wam zrobie fajna fotke" - tylko synchronizacja usmiechow troche szwankuje...

 z gorki na pazurki...

 wracamy przez trawiasto-paprotkowe wydmy

 zeby nas troche z piasku otrzepaly

taksowka juz na nas czeka, wiatr szelesci suchymi badylami, morze sie klebi ponizej - poranne niedzielne nabozenstwo zaliczone ;)

 

 

poniedziałek, 20 października 2014

znane wszystkim przyslowie niedziwiedzie -

prawdziwych przyjaciol poznaje sie w biedzie.

okazalo sie, ze moja przyjaciolka ma ich calkiem sporo. tym lepiej dla niej! :)

zaangazowanie w czyjes zycie odbija sie stety-niestety na naszym wlasnym zyciu. chaos i rozprezenie, balagan i zaniedbanie. psy permanentnie niewyspacerowane, dzieciece homeworki niepoodrabiane, mysli niebezpiecznie poczochrane.

kiedy widzisz, jak sypie sie w gruzy zwiazek przyjaciol, z niepokojem patrzysz na szpary i pekniecia w swoim. remont, remont kapitalny jest niezbedny! niezbedny, ale i trudny - wizje architektonieczne odmienne a i pomysl na technike i materialy inne. jak to zrobic? jak zrobic? doprowadzic do swietnosci, urzadzic wygodnie, wyregulowac, by sprawnie funkcjonowal - zwiazek, rodzina, dom?...

do tego na wczoraj powinnam leciec do Polski. pouprawiac turystyke medyczna. potrzebuje na to jakies glupie 500e. bo tutejsza lista oczekujacych jest dluga - na rok. rok na prosty zabieg usuniecia upierdliwej dolegliwosci. szlag. najgorsze, ze umrzec sie na to nie da, ale zyc cholernie trudno. szlag.

to nic nie ulatwia.

doklada tylko swoje do kryzysu wieku sredniego. wiecie o czym mowie?

 

 

niedziela, 12 października 2014

dryfuje sobie na tratwie mojego fotela po oceanie sklebionego chaosu...

balagan mnie przerasta. zdrowie troche szwankuje, sil nie wystarcza na wszystko, tym bardziej, ze jest potrzeba zaangazowac sie w zycie Kogos Innego. na szczescie uslugi transportowe tez sa potrzebne. 

dzieci maja chorobe poranna - zardzewiale gardla, zapchane nosy, zapyziale oczy. potem sie rozkrecaja i brykaja jakby nigdy nic, ale jestem czujna jak wazka. w koncu - jesien!

jesien! wiecie jaka mam jesien tego roku? przeprzepiekna! rano chlod i mgla, czasem tylko 3 stopnie! potem slonce i blekitne niebo. nagly chlod wieczorny i czasem nocne burze. irlandzka zlota jesien!

tradycyjnie chyba juz i typowo - wraz z tabunami zoltych lisci pedzonymi przez wiatr mam w glowie tabuny mysli. nie-do-prze-ka-za-nia niestety.

niestety.

środa, 01 października 2014

dzisiejszy spacer byl udany inaczej. slonce nagle wrocilo i wszyscy nagle chcieli koniecznie isc ze mna! wedrowalam wiec noga za noga, holujac Eliego, ktorego nogi w kaloszach i wysokiej trawie nie mogly dziarsko maszerowac. wysluchalam calej playlisty poprzekrecacnych piosenek, wzielam udzial w konkursie zagadkowym, odpowiedzialam nieprzytomnie na skomplikowane pytania i dzielnie znioslam drazniace sprzeczki. a tak chcialam sie wyciszyc i pomilczec! nie udalo mi sie to, ale za to zbieralismy jezyny. ciagle ich duzo, dojrzale i soczyste. przy okazji wymyslilam sobie motto na przyszlosc - bo dobrze miec jakies motto, za ktorym mozna schowac swoje wybryki. wiec moje motto na starsze lata bedzie - "kobiety sa jak jezyny - te naprawde slodkie musza byc przejrzale". i zamierzam byc taka cool babcia z dredami i luzem, jezdzaca po swiecie i przybijajaca piatke z roznymi dziwnymi ziomami. przybiore ksywke BlackBerry, bede uprawiac joge i sie angażować. a im starsza tym slodsza ;)

tak sobie to wymyslilam, bo jesien jednak sklania do refleksji nad zyciem i uplywem czasu. a ja duzo mysle. o zyciu i sensie i celu i szczesciu. doholowalam i zagonilam stado do domu. zwabil nas tam zapach dymu. Zeus zapalil w kominku. jesien.