pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
niedziela, 30 października 2011

nie pisze, bo mam noworodka.

mily, kochany, cierpliwy, malo placzacy, duzo jedzacy i coraz ladniej spiacy. ale nawet taki grzeczny jest absorbujacy. zwlaszcza procedura "musi mu sie odbic"...

mam tez Coreczki. zakochane w braciszku, cierpliwe i wyrozumiale. ale nawet takie aniolki wymagaja czasu, uwagi i zaangazowania. no i miewaja goRRRRsze chwile...

mam nastolatka, ktory staje na wysokosci zadania. maly brat mu sie zdecydowanie podoba, rwie sie do procedury "musi mu sie odbic" jak tylko jest w poblizu. no i pomaga w domu - zmywa, obsluguje Siostry jak trzeba, robi mamie herbatki itp. absorbujacy nie jest - sluchanie szkolno-kumplowskich opowiesci jest calkiem fajne.

no i mam Borsuka, ale o nim pisze tylko dlatego, zeby sie nie czul pominiety :) balagani, jak zwykle, rozmysla i drazy ze 3 tematy rownoczesnie ichce koniecznie podyskutowac, domaga sie jedzenia i czystych skarpetek... eee- nie, jest absorbujacy, juz mialam pisac, ze wcale, ale jest! ;)

 

dzisiaj byl pizamowo-szlafrokowy dzien. kiedy o poranku zobaczylam poziomy deszcz /tak wialo!/ i sine chmury, nie znalazlam powodu, dla ktorego mielibysmy wychodzic z domu. a w zwiazku z tym nie mialam  motywacji, zeby ubierac siebie i dziewczyny tez. Borsuk, w swoim niebieskim szlafroku /nazywamy go wtedy Papa Smerfem/, dotrzymywal nam towarzystwa. jeden Igor sie zmobilizowal, jego mierzi taki dekadentyzm i degrengolada :D

ale co tam. czasem mozna.

a! pieknie dziekuje za karteczki Z ZAGRANICY!  z Kanady /Kasia :*/ i z UK /MalaMi :*/ to naprawde dziala! ucieszylam sie i humor mi sie poprawil od razu! czy ktos chce optymistyczna kartke z IRL? taka, co rozgania jesienne ciemnosci?

porozgladal sie Borsuk tu i owdzie, popytal, poradzil, poszperal. jedynym /i calkiem zadowalajacym/ efektem szukania pomocy jest pare voucherow do tesco, ktore dostalismy od swietego Vincentego. bardzo mnie to cieszy, odnowie troche zalazne zapasy w domu :) poza tym, wszyscy /ksiegowa. urzedniczka. pani od Vincenta. szef korporacji. znajomi tubylcy/, twierdza, ze wyjazd z tego kraju wydaje sie jedynym rozsadnym rozwiazaniem. i dziwia sie, i radza, zeby sobie zyl nie wypruwac, tylko isc na bezrobocie i juz. och, gdybyz to bylo takie proste! honor i duma - to raz. ale poczucie niezaleznosci i /coraz mizerniejsze, ale jednak/, poczucie, ze ma sie jest panem samego siebie i kowalem wlasnego losu... ech :/

aha! w czwartek byla plenerowa impreza w naszym Kosciele - Thanksgiving Day. polaczony z Peasant Dinner. pieczone: swinia, baran i indyk /tym razem pieczone w folii alu/, do tego ziemniaki w mundurkach, jako  jarzynka - marchew z pasternakiem lub marchew z rzepa. pieczone jablka na deser. plus inne smakolyki. oczywiscie - ognisko, klocki slomy do siedzenia, nocne spiewania i opowiesci. Eli zadebiutowal w chuscie i mial swoj pierwszy piknik ;)

a! 'friends' sa calkiem, calkiem /naprawde, doceniam ich humor/, ale owa szostka przyjaciol jest dla mnie beznadziejna jako ludzie. oni sa naprawde dorosli? yyy :) oblukam te Wasze typy, moze znajde cos fajniejszego ;) a dr.House nawet z angielskimi subtitles niestety jest za wysoko. ale moze powinnam sie przemoc? skoro myslalam/mysle o kursie care assistant....

 

no, to chyba tyle tych wymieszanych drobiazgow.

o czyms zapomnialam?

wtorek, 25 października 2011

wrócilismy - TADAM!

najgłówniejszy doktor oddziału pediatrycznego byl dopiero popołudniu, a tylko on mógł podjąc decyzje, czy nas zwolnić, czy nie. swoją drogą - jedyny irlandzki lekarz, jakiego spotkałam na oddziale, wysoki, siwowłosy, trochę w stylu szalonego naukowca, zawsze w asyście tłumku młodszych lekarzy prezentujących sobą całą paletę ras i narodowości... spotkałam nawet jedną miła panią doktor z PL. plus jakieś 30% pielęgniarek z Indii lub Pakistanu. a personel sprzątający mówił po rosyjsku. niee - nie przeszkadza mi to - było miło, zabawnie i egzotycznie. tylko ja się zastanawiam, gdzie są irlandzcy lekarze? ot, taka ciekawostka.

no, ale nas doktor McNacośtam wypuścił. po bąbelkach zostały tylko blade ślady. pobrane do badania próbki pokazały, że to jedne z popularnych i normalnych na naszej skórze bakterii. ponoć są wszędzie i mamy je wszyscy. a dlaczego czasem powodują objawy chorobowe i infekują? aaa - to jest pytanie za sto punktów. starsze organizmy ludzkie jakoś sobie radzą z tymi żyjątkami /symbionty? pasożyty?/, kłopot z Elim był taki, że miał 3 dni i marne szanse na poradzenie sobie z nimi osobiście. i nie oznacza to, że jest z naszym Eliaszem coś nie tak, jakaś upośledzona odporność czy skłonności większe. nie, to SIĘ ZDARZA. więc - niech żyją antybiotyki i niech żyje irlandzka ;) służba zdrowia i cześć im i chwała :)

chociaż jak pomyślę o obowiązkowych, lunchowych kompozycjach, to mi słabo... puree ziemniaczane, gotowana marchewka /czasem solo, czasem z brokułem, czasem z pasternakiem/, kawałek mięsa /pierś kurza lub plaster wołowiny/, wszystko obficie polane słynnym sosem gravy /z proszku/. i tak siedem razy w tygodniu :D sympatyczny personel rekompensował monotonnię. plus nieograniczony dostęp do śnieżnobiałych tostów z marmoladą ;)

 

tak więc wróciliśmy.

notka pisana na raty, bo cycoholik się domaga :) pa



czwartek, 20 października 2011

Guglanie nt ospy u noworodkow na tyle nas zaniepokoilo, ze postanowilismy pojechac do szpitala. No bo jednak ospa to raczej byc nie mogla, wiec co?!

 

Infekcja skory, zakazenie, ropne krostki, fantastycznie, ze przyjechalismy tak szybko, w tym wieku to niebezpieczne, rozwija sie b.szybko, juz jutro mogla byc z tego sepsa, teraz jest absolutnie bezpieczny, dwa rozne antybiotyki, wenflon, min 5 dni w szpitalu...

 

A ja razem z nim.

 

Rownoczesnie jestem szczesliwa i przerazona, chce mi sie ryczec i oddycham z ulga, absolutnie nie chce tu zostac, wiem, ze musze tu zostac i w zyciu bym go samego nie zostawila! Ale dziewczyny w domu, Igor ma ciagle nie chodzic do szkoly?? /najpierw ospa, potem sprint, teraz to/ kto ogarnie dom, Borsuk musi pracowac, cholera jasna i szlag i noszjapierdziele...

 

Net tutaj slaby, poza tym, przekraczam limity. Znikam. Moze Borsuk cos napisze.

 

Albo do mnie ktos napisze? +353857752277 :-)

 

 

 

A to juz notka biezaca.

Lezymy / siedzimy / jestesmy sobie w szpitalu.  Antybiotyk, a nawet dwa, dwa razy dziennie. Mierzenie temperatury, zawartosci tlenu, kolor skory, zawartosc pieluch, czestotliwosc  jedzenia, aktywnosc – wszystko ich interesuje. No i wyglad babelkow. Ktore tylko przez chwile wygladaly jak ospowe /serio, mozna bylo sie pomylic!/. Potem byly juz za duze, czasem nieregularnych ksztaltow, wypelnione zdecydowanie zolta ciecza.

I tak sie hospitalizujemy. Pokoj mam jednoosobowy, z maciupkim lozeczkiem dla mlodego. Jakas szafka, umywalka i fotel. A! telewizor, ale nie wiem czy dziala. Czyli, chyba, standart calkiem niezly, prawda? Posilki jadalne, chociaz jak dla matki karmiacej, to mogloby byc wiecej, albo czesciej ;-) ale nie narzekajmy. Rodzina mnie troche dokarmia I urozmaica mi menu /bo tostow z dzemem lub marmolada pomaranczowa  i irlandzkich kielbasek i ‘baked bean’ mam po dziurki w nosie ;-)/

Chlopaki z dziewczynami jakos sie zorganizowali. Igor poszedl wreszcie dzis do szkoly. Borsuk zawiozl rano dziewczyny do cioci Lindy i padl spac. Jutro ciocia Joyce bedzie je miala na glowie. Z tego co wiem, to wszyscy zywia ich i dogladaja J wiec mi rodzina przynajmniej z glodu nie oslabnie. A dom, pranie, sprzatanie i tym podobne, ponoc chlopaki wespol ogarniaja. Mam sie nie martwic.

 MAM SIE NIE MARTWIC! Jak mi to Borsuk z naciskiem powtarza. Mam lezec, odpoczywac, nicnierobic i sie delektowac.  “Chcialas tydzien wakacji? Marzyl Ci sie “likend”? No to masz. Ciesz sie, bo nastepny nie wiadomo kiedy!” Coz mi pozostaje… Hiszpania to to nie jest, drinkow z palemka nie serwuja, masazysty nie widac – ale staram sie relaksowac. Z rozrywek mam ksiazke /kontynuuje zaniechane jesienia ub roku czytanie Tory. Szemot – kontynuacja/, troche materialow do angielskiego /bo sie wzielam, do jasnej anielki, za nauke!/ oraz szydelko /zrobilam kapcie dla Rutki, teraz dlubie dla Arielki. No i kocyk dla jednego dzidziusia, co sie ma urodzic/. WiFi w okolicy nie ma, nawet internet oferowany prze operatora ledwie bangla, wiec jestem off-line. Mam laptopa do ogladania filmow /stad ta notka ;) poprosze Borsuka, zeby ja CTRLa, CTRLc i CTRLv do bloxa J/, ale do Friends nie chca mi sie subtitles odpalic, wiec sie poddalam chwilowo. Albowiem - Ha! Oto, w celach dydaktycznych, zaczelam ogladac pierwszy serial w moim zyciu! -/Doroslym zyciu, 4 pancernych, Klossa itp nie liczmy J/ Stary jak wegiel, pierwszy sezon Friends, z angielskimi subtitles, zeby bylo troche latwiej. W kwestii seriali jestem dziewica, ktos mi powiedzial, ze ten bedzie dobry, odcinki nie za dlugie, fabula lekka i przyjemna, angielski nie za skomplikowany…  chyba ze mi polecicie cos innego?

Eliasz jest cudny i kochany. Personel sie zgodnie zachwyca, oni tutaj sa zawsze przemili i sie zachwycaja, ale ja wiem, ze w naszym wypadku SLUSZNIE sie zachwycaja J Kiedy wreszcie przyszlo mleczko /a przychodzi w 4 dobie, wczesniej siara, to dla tych co nie wiedzieli albo zapomnieli/, przez jedna noc i dzien wisial przy cycku nieustannie. Teraz juz powolutku zaczyna sie regulowac. Naprawde – kochany jest, grzeczny i sliczny. Jak zreszta wszystkie moje dzieci, ba! ;)

To na tyle. Odezwe sie, jak wrocimy. Czyli nie wiem kiedy. Moze w sobote /oby! oby!/, a moze dopiero w poniedzialek /oj, nie!/ trzymajcie sie!

niedziela, 16 października 2011

nie no! wiecie co? szok po prostu!

ELI MA OSPE!!! jedna z krostek "baby rush" od poczatku mi sie nie podobala. ale nie chcialam wierzyc. przeciez moje przeciwciala, blablabla.... ale teraz nie mam juz watpliwosci. faldki na szyi, pachwiny, za uszami...

jakos specjalnie inaczej sie nie zachowuje, niz sie spodziewamy po noworodku, wiec moze po prostu przespi ospe. ale jajca, nie?

sobota, 15 października 2011

a i owszem.

urodzilam. jestem juz w domu i ciagle nie moge wyjsc z szoku.

w czwartek, 13.10.2011 :)

o 4.30 zabolalo i zawiercilo sie i otworzylam oczy natychmiast i musialam isc do toalety blyskawicznie. w sumie, nic nowego. ale za chwile znowu wierzgnelo, i za chwile znowu skurczylo. do 5 badalam czestotliwosc - co jakies 7 minut. zadzwonilam po Borsuka /pracowal przeciez/. dopakowalam torbe. przygotowalam ciuszki dla dziewczyn. chwile debatowalam nad koncepcja calosciowego prysznica /wlosom by sie przydalo mycie/, ale zrezygnowalam z tego. na szczescie! punktowy musial wystarczyc ;) Borsuk wpadl do domu, powiedzial, ze wlosy mam przepiekne i mam ich absolutnie nie myc, tylko jedziemy. o 6 bylismy pod szpitalem. papierkologia, KTG, badania, itp. 

hopsa na lozko. wyturlali mi pilke, proponowali gaz lub muzyke, ale ja wiedzialam, ze juz nie mam na to czasu.

o 7.20 Elijah Tomasz byl na swiecie :) 3,6 kg malego faceta.

i wlasciwie tyle.

czuje sie jak po maratonie :) chociaz to raczej sprint byl. bola mnie rece /nad glowa mialam taka poprzeczke - zawsze jej uzywam do trzymania sie/, bola mnie plecy, kazdy miesien na plecach. miesnie brzucha tez - to przynajmniej rozumiem. i nogi - uda zwlaszcza. wymagalam malego cerowania, wiec 4litery tez czuje, ale w porownaniu z zakwasami w miesniach, to jest nic!

no i teraz do kolekcji dochodza mi obolale, omamlane sutki. macierzynstwo jest piekne :)

do domu wrocilismy wczoraj wieczorem, chociaz mialam zostac do soboty. tesknilam :) a w zwiazku z kryzysem jedzenie w szpitalu sie pogorszylo, wiec nie mialam motywacji ;)

Eliasz piekny i uroczy i spokojny. jak go urodzilam byl nawet ladniejszy niz teraz. wyskoczyly mu jakies kropki i plamki - 'baby rush', ponoc normalne. no i ten siurek! musze sie przyzwyczaic :D:D:D

ekipa w domu spisala sie na medal, a juz Igor zwlaszcza! nawet takie sprawy jak czesanie siostr, pranie i zmywanie. sprzatanie, kladzenie dziewczyn spac. czy obiad! makaron, mieso z sosem pomidorowym i warzywami - nie ze sloika! proponowalam mu, zeby zaprowadzil dziewczyny do Nataszy na troche, to odsapnie - ale ambitnie odpowiadal "OGARNIAM!" :)

jakies fotki Borsuk zrobil, ale to potem.

lunch przyjedzie od Lindy, a Jeanette deklaruje jakis dinner :)

dobrze, bo ten sprint mnie wykonczyl :)

 
1 , 2 , 3