pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
sobota, 31 października 2009
Gdzieś-i-Kiedyś żył sobie pewien młody człowiek. powiedzmy - John. od wczesnej młodości zapowiadał się na człowieka sukcesu. inteligentny, wykształcony, uczciwy. ludzie chętnie z nim robili interesy - miał do nich smykałkę i świetną reputację. wielu zasiegało jego rady w rozmaitych kwestiach - miał przenikliwy umysł i jego słowa były mądre i pomocne. wszyscy wiedzieli, że w dalszej przyszłości będzie zamożnym i szanowanym obywatelem.
aż przyszedł na Johna czas, by pomyśleć o żonie. a Gdzieś-i-Kiedyś był zwyczaj, że chłopak zainteresowany jakąś dziewczyną musiał rozmówić się z jej ojcem i wykupić narzeczoną. zwyczajowa cena to 4 krowy. za wyjątkowo ładną i gospodarną dziewczynę ofiarowano nawet 5 krów. zdarzały się też przypadki, że zakochany młodzieniec za swoją przecudną wybrankę daławał i 6 krów - ale to już była wielka rzadkość. wybrał się i John do ojca dziewczyny. rozmawiali, ustalali i dogadali się. jakież było zdziwienie, gdy okazało się, że dał ojcu dziewczyny, którą chciał wziąć za żonę, aż 8 krów!
ależ to była sensacja! okolica grzmiała od spekulacji i domysłów. "postradał rozum!" mówili. "ten interes to mu się nie udał" stwierdzali. "przecież ona nie była tego warta" dziwili się sąsiedzi. " nawet nie jest specjalnie ładna!" krytykowali inni. "mógł ją mieć i za 2 krowy! przepłacił!" oceniali inni. nie da się ukryć, że zamieszanie wokół jego osoby nie pomagało Johnowi. jedni czuli się wręcz obrażeni jego postępkiem, inni bali się z nim robić interesy, wątpiono w jego rady i podważano decyzje.
aż wreszcie ktoś postanowił wybrać się do domu Johna, żeby zobaczyć, jak się sprawy mają. przyjął go gospodarz domu, zaprosił do stołu i zawołał żonę "kochanie, możesz podać nam coś do picia?" gość wielce był ciekaw żony gospodarza - i miał rację! weszła młoda, przemiła i wdzięczna kobieta, z gracją zaserwowała im wyjątkową kawę i pyszne ciasteczka, obdarzyła gościa pięknym uśmiechem i spędziła chwilę na miłej rozmowie. kiedy wyszła, zaskoczony gość zapytał Johna "wybacz, ale jak to się stało? twoja żona to wyjątkowa i urocza osoba! a mówili, że nie jest specjalnie ładna, a i gospodyni z niej niespecjalna. o co tu chodzi?"
"widzisz - odpowiedział John - nasi małżonkowie staną się takimi, jakimi my ich widzimy i cenimy. a ja za swoją żonę dałem aż 8 krów! i oto  właśnie taka jest!"


a co u nas?
coroczna Family Conference :)
stąd ta historyjka :)

piątek, 30 października 2009
dodatkowe zastosowania genialnych kubków-niewysypków.

no i - zimno wcale nie było, tylko niespodziewany deszczyk ze wszystkich stron co jakiś czas... stąd te p-deszczowe porcięta :)


















oto historia uzurpatorskich zapędów starszej siostry na resztki owsianki młodszej siostry :) ale młodsza kocha starszą bardziej niż owsiankę, więc podzieliła się bez oporów :)
środa, 28 października 2009
znalezione u Tej Pani.
niesamowite z wielu względów.
reggae i ortodoks - miks pozornie niemożliwy.
a jednak!

wtorek, 27 października 2009
na stoliku w przedpokoju stoi taki specjalny słój.
pojemny, że ho-ho! wrzucamy do niego tak zwane "żółciaki" - czyli eurocenty, cenciaki czy też grosze ;)

wprawdzie jakiś czas temu ustawili w Tesco maszynę do odzyskiwania pieniędzy z drobniaków, ale mam już wypracowaną inną metodę. może nawet - tradycję?

są w Tesco samoobsługowe kasy - coś chyba niemożliwego /niestety!/ w Polsce. stukasz palcem w czuły monitor, skanujesz swoje zakupy, wtykasz pieniądze w odpowiednie dziurki i już. zakupy do torby, paragon w garść i do widzenia. w razie kłopotów czy wątpliwości nad całym sektorem 'self-service' czuwa żywy człowiek.

a dzisiaj Ariel miała kolejne szczepienie. więc na pociechę i w nagrodę i z okazji deszczowego dnia poszliśmy sprawić dziewczynom mały prezencik.

aha - do końca miesiąca mamy do zapłacenia podatek dochodowy za ubiegły rok. a że trochę nam się ostatnio życie pokomplikowało /zdrowotnie wiec i finansowo/, to zostało na ostatnią chwilę. więc nadmiaru gotówki u nas nie ma ;)

więc usypałam ze słoja z pół kilo drobniaków. w najbliższym Tesco dział dziecięcy nie powala, więc wybór padł na piłkę i plastelinę. tata z córkami rozgrywali mecz między półkami, a ja wrzucałam, wrzucałam, wrzucałam..... 6e po cencie, 2 lub 5 - to jednak trochę trwało :D

ale potem było tak:







Ariel próbowała ją jeść, a Rutka się złościła, że wymieszanych kolorów nie da się oddzielić ;)
ale tak sobie myśle - przecież Playdoh to prawie zwyczajna masa solna. a barwniki spożywcze bez trudu można kupić... więc muszę sobie przypomnieć te najlepsze proporcje i już!

sobota, 24 października 2009
porankami, między deszczami, chadzamy na małe, bliskie spacery.
czasem kałużowe a czasem rowerowe.



Ruth na swoim Turbo. przywieziony specjalnie z Polski! ja okropnie marudna matka jestem pod niektórymi względami ;) rowerek miał nie mieć pedałów w przednim kółku. poza tym - sprawdziłam ten model na Igorze - jakieś 13 lat temu. rowerek nie-do-zdarcia!
aha - starszą córeczkę przez sporą część spaceru popycham. bo mamy albo z górki albo pod górkę.




Ariel na znanym już Puky Wutsch. proszę - jaka dzielna dziewczyna - rowerek jest ponoć od 18. miesiąca życia, a nasza 14 już go ogarnia. prawie ogarnia...proszę podziwiać mój patent na napęd i sterowanie! zestaw sznurków rulezzz!
aha - młodszą córeczkę przez większość spaceru ciągnę. bo prawie ogarnia. no i górka...



ale bywa i tak, że mama zostaje z dwoma rowerkami, a dziewczyny oddalają się w siną dal....
 
1 , 2 , 3 , 4