pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
piątek, 31 października 2008
gdybym miała więcej czasu /dzieci!/ i gdybym miała więcej pieniędzy /zobowiązania!/ i gdybym lepiej znała angielski /czas! pieniądze!/ to mogłabym się całkiem nieźle oraz ambitnie bawić w Waterford.
leżące w najsłoneczniejszej części Irlandii i będące swego rodzaju stolicą turystyczną SouthEast'u, miasto stara się być atrakcyjne przez cały rok. nie tylko mało deszczu i sporo słońca w letnie dni, nie tylko plaże i fale, nie tylko rozmaite atrakcje do zwiedzania - w Waterford mamy istną paradę festiwali!
smakowity Terra Madre i Festival off Food, majowy John Roberts Weekend, czerwcowy South East Garden Festival,
sierpniowy Spraoi, wrześniowy Fringe, listopadowy Film Festival,
międzynarodowy Festival of Light Opera, morsko-wodny World Oceans Festival i jeszcze cała masa atrakcji w najbliższej okolicy - Dungarvan, Tramore, Dunmore East no i wyścigi wszelkiej maści zwierzyny - koni czy psów, i wreszcie zloty motocyklowe, rajdy samochodowe i co jakiś czas jeszcze coś.
nic, tylko szaleć!

jednak chwilowo muszę sobie znajdować rozrywki i atrakcje w domu oraz z dziećmi.
ekstremalne eksperymenty kulinarne! szycie na krawędzi! tour de place zabaw! wyprawa do ogródka i odkrycie doniczki pełnej wody! spotkanie oko w oko z gromadą niebezpiecznych ślimaków! z przeżyć bardziej intelektualnych - setne czytanie tej samej książeczki! wielka gra - ile znasz odpowiedzi na pytanie 'cio to?' kółko teatralne - dramat 'misio i lala'




więc zmęczona jestem.
późno już.
pora spać.
pa

ps: Helloween nie obchodzimy. ja tam się boje po prostu ;)
środa, 29 października 2008
szczepienie obie panienki zniosły w miarę dobrze. trochę ryku obowiązkowo musi być - inaczej się nie liczy :)
ale przy okazji lekarz potwierdził to, co nam się wydawało już od dawna - Ariel ma zbyt przyrośnięty język. najlepiej widać to, kiedy płacze - jęzorek unosi się jej tylko odrobinkę. na razie nie sprawia jej to kłopotu, ale kiedy będzie zaczynała mówić - to owszem.
czeka nas zatem zabieg. albo w szpitalu albo a gabinecie u naszego lekarza. żadna z tych możliwości mi się nie podoba. irlandzkie szpitale są niezbyt czyste, pielęgniarki niefrasobliwe a lekarze - cóż - na szczęście zazwyczaj nie są irlandczykami. w gazetach pisują o szczurach w stacji dializ, o zakażeniach gronkowcem, o pomyłkach i zaniedbaniach. jakiś czas temu poznałam kobietę, której 2 tygodniowe dziecko zmarło - jak się okazało na sepsę :( i przyczyniły się do tego przygody w szpitalu :( nie ukrywam - boję się trochę. a i zacisze tutejszego  gabinetu lekarskiego nie wzbudza mojego zaufania.
chodzi mi po głowie pomysł załatwienia tego w PL.
nie wiem jeszcze ani kiedy, ani jak, ani gdzie...
wie ktoś coś na ten temat? hę?
poniedziałek, 27 października 2008
dmuchawców nie stwierdzono.
ale za to było - słońce, morze, piasek i MY :)
przypominam, że jest końcówka pażdziernika!


najpierw zobaczyłam coś dziwnego na piasku. jakby manta czy co?!
/w tle dzielni surferzy w swoich piankach i z dechą/



potem pośród spacerowiczów dało się zauważyć dziwnie zachowującego się starszego pana - tańczył? machał rękami, kręcił biodrami i czasem dziwnie nim szarpało.


a na niebie...

kręciły się, kołowały, pikowały, wzlatywały i opadały - jak szalone jaskółki!


a to inny latawiec. Rutka była zachwycona, chociaż łapki marzły od mokrego piasku. Ariel spała w oparach rześkiego zdrowego powietrza. dużym też się podobało. znaczy - fajnie :) a taka wentylacja płuc w połączeniu z obiadem spowodowały letarg.....
na ten łikend zjechało się międzynarodowe towarzystwo z obydwu Wysp:
szwarcarsko-niemiecka para z piątką dzieciaków z Cavan
brytyjskie małżeństwo z pięcioma córkami
polacy mieszkający w Szkocji z piątką
dwia irlandzkie małżeństwa w sumie z trójką dzieci
plus mieszkający w pobliżu zaprzyjaźnieni Amiszofile:
dwie polskie pary chwilowo z czwórką dzieciaków /jedno w DE, a jedno w drodze/ ;)
ukraińska rodzina z trójką urwisów i jednym dziewczęciem
irlandzko-brazylijskie małżeństwo z trójką plus jedno za 3 miesiące
oraz gospodarze wraz z rodzinami i przyjaciółmi
było gwarnie, tłoczno i wesoło.
bardzo rodzinnie i przytulnie i ciepło i jakoś tak - mądrze?

zajadaliśmy pyszne rzeczy - jak zawsze, każdy przygotował większą porcję jakiegoś specjału i w ten sposób było urozmaicenie i obficie /zrobiłam gulasz z żołądków drobiowych, marchewkę z groszkiem i ślimaczki drożdżowe z budyniem i rodzynkami/. jedzenie było na prawdę pyszne i aż się chciało spróbować wszystkiego i przez to mój plan odchudzania został zawieszony na te dwa dni ;)

rozmawialiśmy o ważnych sprawach - o relacjach między małżonkami, o darzeniu się nie tylko miłością ale i szacunkiem, o niebezpieczeństwach, jakie grożą naszym dzieciom i nam samym we współczesnym świecie, a są powszechnie lekceważone - przez co stają się wyjątkowo groźne, o wychowywaniu dzieci, o autorytecie rodziców, o dyscyplinie i konieczności karcenia /tak, tak - nawet kary fizyczne/, o wspólnym, twórczym i owocnym spędzaniu czasu - rodzice i dzieci.

śpiewaliśmy - śpiewali, ci, co umieli ;) wspólne śpiewanie starych, protestanckich pieśni i hymnów, a capella i ze śpiewników! Amisze nie używają w Kościele instrumentów, natomiast potrafią śpiewać z nut, czasem naprawdę trudne rzeczy. ich śpiewniki to dwa grube tomiszcza, a w każdym po około 600 pieśni! słucha się tego bardzo miło, no i z mojej strony - RESPEKT!

poznawaliśmy się, gadaliśmy, włoczyliśmy się po najbliższej okolicy /tylko najbliższej - słynna Irish Weather złośliwie się czaiła/, dzieciaki ganiały i bawiły się wspólnie albo miały zorganizowane jakieś zajęcia. czyli - było naprawdę super-fajnie-miło-pożytecznie :)


i tak sobie patrzyłam na te wielodzietne rodziny, i tak sobie przebywam w pro-rodzinnej i jakoś 'płodnej' atmosferze Amiszowo-Mennonickiej wspólnoty, przypominam sobie moje dzieciństwo /najstarsza z czwórki plus ten klimat dzieciństwa lat '70 i '80/, i nachodzą mnie takie myśli...
może olać te motocyklowe plany/marzenia, może odpuścić sobie głupie ambicje zawodowe, machnąć reką na całe to modne a durne gadanie o realizacji, emancypacji i demokracji - i za jakiś czas zmajstrować sobie jeszcze jakieś dzieci? za 4-5 lat jeszcze jedną taką parkę rok-po-roku?
kto wie...
czwartek, 23 października 2008
w poniedziałek wreszcie trafił do właścicielki :)
szycie zajęło mi trochę czasu - ale nie ze względu na trudność przedsięwsięcia :) pomocnicy przeszkadzali ;)
oczywiście - trochę nietrafionych rozwiązań, błędów i wpadek. ale to debiut, a i obie panie były zadowolone...
następny będzie lepszy :)


Joyce i Jasmine
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5