pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
sobota, 30 sierpnia 2014

pierwszy weekend tego roku szkolnego. czuje, ze moglby byc bardziej energiczny, przygodowy, zorganizowany. ale nie bedzie.

otrzasnelam sie z marazmu troche zbyt energicznie. wielki sprzatanie na poczatek wielkich zmian kopnelo mnie w bark. czuje sie jak marionetka, ktorej urwal sie sznureczek od lewej reki. boli i wisi /prawie/ bezwladnie. to, co powinnam robic - jest fizycznie niemozliwe. to bym mogla - nie chce mi sie. to co bym chciala - cholerne poczucie obowiazku mi nie pozwala. i oto jestem ,taka na pol utknieta, zablokowana mimo checi.

mam wrazenie, ze ten stan rozciaga sie tez na inne dziedziny zycia. jakbym podkrecila swoj wewnetrzny silnik na wysokie obroty, gotowa do startu i ostrej jazdy. ale nie moge puscic sprzegla, bo wszedzie bariery, przeszkody i niemoc. wiec tylko spalam paliwo, zuzywam podzespoly, grzeje silnik i wszystko na darmo... cala para idzie w gwizdek...

wszedzie dookola czai sie cholerne, przeszkadzajace ALE!

pojechalabym na impreze z noclegiem, ALE nie mam dogsittera.

zrobilabym jakis fajny obiad, ALE nie bardzo mam z czego.

pojechalabym na zakupy, ALE nie bardzo mam za co.

wzielabym bande na wycieczke, ALE nie mam na extra paliwo a banda wiecznie glodna.

powalczylabym z chaosem dookola, ALE reka... :(

i to cholerne ALE sprowadza sie do zalosnego i wstydliwego aspektu - ale nie mam za co, ale nie mam kasy, ale mnie nie stac. i na nic moj optymizm, kreatywnosc i niepoddawanie sie. walczylabym z tymi cholernymi ALE, ale nie mam sily... reka boli :(

środa, 27 sierpnia 2014

dzieciory padly syte szkolnych wrazen, ja napracowalam sie wielce, sprzatajac Stajnie Augiasza w jaka zmienil sie nasz dom /dokladniej - zagrode dwoch mlodych zrebiczek/. natyralam sie jak dzika! tak swoja droga - co to za zaleznosc, ze kazde postanowione i stezale na beton dokonanie WIELKIEJ ZMIANY ZYCIOWEJ zaczyna sie od trywialnego sprzatania? tez tak macie? wielkie zyciowe sprzatanie...

wiec w nagrode obejrze sobie film. po angielsku. bede sluchac i czytac w zagranicznym jezyku. od razu sie pucuje, zeby nie pasc ofiara stereotypu, ze poloki na emigracji jezyka zagranicznego w gebie nie maja - ze troche gadam. bez obciachu, z bledami, podlym kacentem, zaganiam sie sama w kozi rog i zapetlam, probujac wytlumaczyc - ale gadam. do urzedow chodze, lekarza odwiedzam, z nauczycielami konwersuje. ale wedlug mnie nedznie. 

dzisiaj z kolei, szukajac informacji na temat ewentualnych kursow angielskiego, porozmawialam sobie troche z pania z okienka - ze do szkol i kursow prawie nie chadzalam, ze dzieci wreszcie podrosly, ze szlifowac chce. pani na to - och, ach, ze jur inglisz is briljant! - alez wcale, alez skad - bronie sie. a pani na to pocieszajacym komplementem mnie po pysku - ze moj inglisz jest jednak lepszy niz jej polisz... no, hahaha, doprawdy, dziekuje. pocieszajace. biorac pod uwage, ze pani pewnie zna 3 polskie slowa...

heh ;)

wierzycie w zmiany? wierzycie, ze jak ktos chce sie zmienic, to uda mu sie to zrobic? albo jesli ktos twierdzi, ze bardzo chce cos zrobic, to wierzycie, ze on to zrobi? a sami sobie  wierzycie?

powtarzamy sobie - chce schudnac/zaczac cwiczyc/nauczyc sie hiszpanskiego - i nic sie dzieje. nie ma zadnych przeszkod zewnetrznych, a plany na zmiany sie nie realizuja. czyli co? czyli tak naprawde, to nie chcemy. chcemy tak sobie tylko gadac, zeby sie pochawalic, jacy my jestesmy fajni, bo myslimy, ze okreslaja nas rzeczy, ktorych NIE ZROBILISMY /byc moze - jeszcze/.

ze nieprawda? ale jak mowisz - chce spac - to zwykle po jakims czasie juz spisz. chce jesc, chce stad wyjsc, chce zapalic - chcesz i robisz. mowisz - chce - i dazysz do jak naszybszego zrealizowania swojego pragnienia.

czyli chciec to moc. chcesz i robisz, i dzieje sie to co chcesz.

ale czasem nie. czasem z gory zakladasz, ze to sie i tak nie uda, wiec niby chcesz, ale wcale nie wierzysz, ze to kiedykolwiek zrobisz.

- chce pojechac na Syberie - a jestem juz obcykana w geografii i mam plan? jakos nie...

- chce mowic po angielsku - a filmy wciaz z polskimi napisami, a angielska ksiazka zadna nie skonczona...

- chce rozkrecic wlasny biznes - a o lokalnych regulacjach i przepisach nie wiem nic...

no, przynajmniej ja tak mam.

ale zmiany nadchodza. potknelam sie paskudnie przed samym finiszem /poprzedniego/, ale juz zlapalam rytm, juz wiem - nowe wlasnie sie zaczyna!

.

.

.

.

.

.

.

nowy rok szkolny!

pora na nowe plany, wyzwania i postanowienia!

na poczatek - postanawiam CHCIEC wstawac rano, a nie MUSIEC...

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

wyplakanie sie w wirtualny mankiet pomoglo. a na dokladke weekend odpoczywania. wizyta na show w sobote, lenistwo w niedziele, degrengolada w poniedzialek.

Zeus ma wolne tylko niedzielne wieczory. szesc w tygodniu pracuje. w taki wolny, niedzielny wieczor, to ze szczescia nie wiadomo co robic. jechac w gosci, zapraszac gosci, siedziec rodzinnie w domu? cydra pic, lulki palic, grac w gry, ogladac filmy czy sie seksic malzensko? najchetniej wszystko na raz lub po kolei ;)

dzieciaki same juz kontynuowaly rozpoczety przeglad odziezy. przy okazji odkrywajac w zakamarkach szafy zabunkrowane przez mame zabawki. a co tam. troche bardziej sie zabalaganilo.

slonko wlasnie sie pokazalo. ale teraz to juz nie ma sensu sie ubierac, prawda? 

a to widzieliscie?

zobaczcie i podzielcie sie wrazeniami. 

 

niedziela, 24 sierpnia 2014

ciut mi dzis lepiej. i nawet bark mnie w nocy nie budzil - ale pewnie dlatego, ze po wczorajszym festynie po prostu padlam. Iverk Show to najstarsza /od 1826roku!/, i ponoc najwieksza tego typu impreza w Irlandii. wyobrazcie sobie gielde /Slomczyn?/, wesole miasteczko, targi sprzetu rolniczego, wystawe bydla i drobiu, kiermasz rekodzielniczy i konkurs ogrodniczy w jednym. i jeszcze konkursy psie, konne, ikebany, na najlepiej ubrana lejdi i co tam jeszcze moze byc. tysiace ludzi, halas, kurz, oraz kilometry miejsc, gdzie mozna wydac kase. jak sie ja ma.

pomyslalam sobie, ze moje dzinsowe torby smialo moga wziac udzial w craftowym konkursie /class 13/, co niniejszym zamierzam uczynic za rok. jak nie zapomne.

ekipa oglada Frozen. pasuje. Irlandia zmyla letni makijaz i spod sinej grzywki chmur kapia, niesmiale na razie, lzy. zzzimno.

a propos rzeczywistosci i wczorajszego wpisu... wiecie jak jest? poza czynszem za dom placimy miesiecznie drugi, taki sam, do korporacji z ktora jezdzi Zeus. co tam, ze klientow mniej i kazdy sie trzyma za kieszen. oplata jest od lat taka sama, chociaz pasazerow ubylo. do tego kochany rzad i inne zainteresowane instytucje, aby nie umrzec z glodu albo podniosly albo wymyslily cala mase oplat, podatkow, przedluzen licencji, certyfikatow, testow uzytecznosci i chuj wie czego jeszcze. i jakby to zsumowac i podzielic na 12 - to miesiecznie mamy jeszcze trzeci czynsz do placenia. a jakby to szokujaco nie brzmialo - najpierw trzeba zadbac o Nasza Szkape - na szczescie pali nieduzo, ale nieuchronnie sie zuzywa. teraz jej sie konczy /zgrzyta i terkocze/, skrzynia biegow... trzeba by myslec o nastepnej, ale zdolnosci kredytowej nie ma a gotowki tym bardziej. kiepsko, nie?

juz pare razy upewnialismy sie, ze zaden support od kochanego panstwa nam sie nie nalezy. nawet na zasilek dla bezrobotnych Zeus nie moze isc.

ale wreszcie wydalo sie, ze moze ja cos moge. stad pomysl z JA. na razie nie rozbudzam w sobie nadziej, bo moge sie rozczarowac. ale...

wiec jest tak, ze jak Zeus w nocy zarobi dosc, to mam 20e na zakupy. to niewiele na 5cio osobowa rodzine, tym bardziej, ze nie wiadomo czy nastepne 20e bedzie za dzien czy dwa czy trzy. i nie zapominajmy o zwierzyncu. oraz dojazdach do city.

taktaktak - wiem. sama chcialam i mam to, na co sie zdecydowalam i trzeba ponosic konsekwencje wlasnych wyborow. och, jak ja lubie takie komentarze. logika iscie z Kabaretu - "nalezalo by zalecic, w czasie deszczu nie miec dzieci". nawet rozwazalismy pomysl przeprowadzki blizej miasta. najpierw trzeba by uregulowac zaleglosci u naszego przemilego landlorda. i zgromadzic kaucje /tutaj jej nie placilismy/. a to jest jakies pare tysiecy jurkow. jakby byly, lepiej by je wydac na nowa Nasza Szkape. a moze w ramach ciecia kosztow powinnam oddac psy do schroniska? wywiezc koty w sina dal? no i troje dzieci w kryzysie to glupota!

uch, mam w srodku zlosc.

mielismy kury, zeby bylo zdrowiej i taniej. kury zarabialy na siebie. ale trzeba naprawic ogrodzenie. a to kosztuje. mamy zacny kawalek ziemi, ktora mozna by uprawiac, zeby bylo zdrowiej i taniej - ale to kosztuje, przynajmniej na poczatku. sprzet, narzedzia, nawet zaprzyjaznionemu farmerowi za paliwo trzeba by zwrocic. Zeus marzy o ogrodnictwie na wieksza skale. znowu - najpierw inwestycja. probowalam sprzedawac moje torby na markecie - ale za stoisko trzeba placic, nawet jak nic nie sprzedasz. lepszy biznes jest z organizacji crafciarskich marketow niz z rekodziela... i z prowadzenia korporacji niz z jezdzenia taxi...

mam wrazenie, ze jestesmy zagnani w kat. zabrnelismy w slepy zaulek, a u wylotu wsciekle psy. nie sadzicie, ze to o to chodzi? juz komunisci to odkryli, ze czlowiek majacy klopoty z kupnem papieru toaletowego mniej jest sklonny do rebelii. wiekszosc spoleczenstwa jest tak zajeta walka o przezycie, ze nie ma czasu na jakas szersza refleksje...

ale ja sie na to nie zgadzam. jecze, padam na pysk i uzalam sie nad losem - ale ja sie nie poddam i wygram to cholerne zycie. a jestem tak zdeterminowana, ze moglabym krasc. poczucie sprawiedliwosci pozwala mi jednak tylko na okradanie banko, rzadow i korporacji ;) zwykli ludzie sa bezpieczni :)

ale jeszcze troche. jeszcze nie bede opryszkiem. jeszcze poczekam na decyzje z urzedu. mam tez pomysl na biznes - wedlug mnie pewniak. och, najpierw by trzeba wydac jakies 3 tysie jurkow i zalatwic kilo papierow- ale ludze sie nadzieja, ze sie na to znajdzie. gdzies, kiedys, nie wiem skad. 

a teraz pora wyjsc spod kocyka. leniwa niedziela czy nie - przyodziac siebie i dzieci by trzeba i zjesc cos tez. chrzanic balagan :)

lepiej mi. dziekuje, Wirtualni Przyjaciele.

 
1 , 2 , 3