pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
wtorek, 31 sierpnia 2010
dochodze do siebie po wielce intensywnym łikendzie.

Family Conference z jednej strony wypompowało mnie z sił, a z drugiej naładowalo ogromem energii.

i nawet chcialabym napisać coś więcej, coś głebiej, ale... ale uparcie nie pisałam wczesniej o moich róznych przemyśleniach i zmianach, jakie zachodza w moim/naszym życiu... i jak teraz z nimi wyskoczę, to i tak mnie nikt nie zrozumie.
nie martwi mnie to wcale - rola autsajdera nie jest mi obca. ale życzylabym każdemu /a przynajmniej niekŧórym/, żeby poznali tą fatastyczną jakośc życia, jaką daje amiszowo-mennonickie autsajderstwo.
zaczynamy zastanawiać się nad pelnym członkostwem w tej społeczności. tak, zastanawiamy się, czy nie zostać Amisz-Mennonitami.
ha!

rodzinna burza mózgów zaskutkowała zaprzestaniem uczęszczania przez Igora do publiczen/państwowej szkoły. nie, nie zmuszaliśmy go, ostateczny głos miał jedyny nasz bohater systemu edukacji. nie wiem, czy w przypadku 17-latka można jeszcze mówić o home-schoolingu, czy raczej o studiowaniu on-line i zaocznym zdawaniu Living Cert/matury. ale tak to właśnie będzie. pomoże nam HEN i nauczyciele z naszej przykościelnej szkoły i oczywiście internet! jako, że śmiało można uczyć się on-line - jedyne co nas jeszcze zastanawia, to czy zdecydować się na Irish way czy na British way. skłaniamy się ku tej drugiej.

po tym zwariowanym łikendzie córki misię rozregulowały totalnie. muszę im trochę śrubę przykręcić, bo oszaleję. zaczełam też konsekwentnie tetrować i nocnikować Ariel - więc czujność i ścierka zawsze w pogotowiu.

w międzyczasie robię na szydełku. pokażę  przy okazji.
a poza tym - zmiany idą. nie, nie idą. PŁYNĄ. ZMIANY PŁYNĄ!!


piątek, 27 sierpnia 2010
wczoraj przyfrunął Igor z dalekiej Polski. i od razu kompletniej się zrobiło w domu.
Ariel wstydziła się go przez jakąs godzinę, a Rutka od razu się na nim uwiesiła i nie przestawała powtarzać "Igolek, mój duży blat, kochany synek - wlócił!" a Igor? przerósl mnie! i wydoroślał....



jutro po południu zaczyna się Family Conference. jakby ktoś był ciekaw, o czymże to się konferuje w amiszowo-mennonickim środowisku i jak to w ogóle wygląda - skan programu TU i TU. a może ktoś chce wpaść? zapraszamy!

mam swój skromny udział w przygotowaniach, więc pójdę już dyskretnie paść na pysk, dobra?


a! po wizji lokalnej stwierdziłam, że chałki wymagają lepszej oprawy. ubrałam więc koszyk w sielską szatkę :) jest babcinie, oldskulowo i wintydż  :D


wtorek, 24 sierpnia 2010
ha! skoro w oczach ekspertów z tak rozległych dziedzin, mój mikro-biznesik zyskał uznanie, spokojna jestem o jego rozwój i przyszłośc przedsięwzięcia :)
dziękuję!!

przepis:
2 kilogramy mąki /3/4 biała, 1/4 razowa/
4 paczki drożdży /28gram/ - suszonych!
4 jajka
250g cukru
700 ml mleka
125g margaryny
pół łyżeczki soli

mąke, drożdże i sól - do michy. jaja z cukrem na pianę. mleko i margarynę do rondelka - zagrzać - tłuszcz ma się rozpuścić, ale całośc potrzebujemy letnią.
gdzieś pod ręką mamy jeszcze dzbanek z letnią wodą.
i mokre do suchego i wyrabiamy. letniej wody dodać tyle, żeby było odpowiedznie i wyrabiamy.
wyrabiamy wyrabiamy wyrabiamy.
prawą ręką, a lewą obracamy michę. dłoń zabiera ciasto zgodnie ze wskazówkami zegara, po drodze zwija się w pięść i obrotowym ruchem wciska w resztę ciasta. i tak jakieś 10 minut. wyrabiamy wyrabiamy wyrabiamy.
idealne jest, jeśli ciasto samo odchodzi od ręki i michy. ale moje chyba nigdy nie doszlo do tej doskonałości.
wyrabiamy.
odstawiamy, niech rośnie. jak urośnie - wywalamy na stolnicę/stół. wyrabiamy jeszcze trochę - ale teraz już nie powinno się lepić do rąk. podsypujemy mąkę i zawijamy do siebie i zagniatamy, do siebie i zagniatamy, do siebie... obrót o 90stopni i zagniatamy i do siebie.... i tak przez chwilę.
potem dzielimy na 9 równych porcji /waga!/, każda porcję na 3, pleciemy i już.
aha - rozbełtane jajo na wierzch i sezamem posypać.
:)
a! a jak ktoś chce mieć tylko dwie - to składniki podzielić na 4.

a gdzie kupić?
poniedziałek, środa, piątek - w Jaybees'ie tu

a w sobotę na Saturday Market w centrum Waterford /tylko nie w ten łikend! jest Family Conference i wszystkie siły są tam przerzucone!/


:)
niedziela, 22 sierpnia 2010
apdejt jest taki, że w piątek się wszystko sprzedało!
:D:D:D
jupi!
więc w piątkowe popołudnie machnełam jeszcze jeden komplet chałek, żeby były na sobotni Market.
no i też się wszystko sprzedało!
absolutny sukces biznesowy ;)

wszystko pięknie, planuję sobie regularną produkcję, jakieś bardziej hurtowe zakupy trzeba zrobić, tylko mój łokieć ma jakieś ale! 4 kilo surowego ciasta drożdżowego wyrobić i to dwa dni pod rząd...
aż mi się zamarzył jakiś pomocnik kuchenny i oto co mi Borsuk znalazł: www.sklep.vivamix.pl - zobaczcie  te 5 minut reklamowego filmiku, ale jakiego! zakochałam się! jakbym miała jeszcze motocykl, to bym go sprzedała, zeby kupić to cudo!
ale rozsądek jednak podpowiada, ze coś mniej urodziwe, a bardziej przemysłowe by było lepsze. ale to przyszłośc. potem będę o tym myśleć ;)

a na razie ręcznie.
jakoś przekonam łokieć, zeby przestał.
albo Igora poproszę o pomoc! już w środę wraca, a krzepę w łapach to on ma!

a cieszy mnie to! taka mała rzecz, a cieszy. że ludziom smakują moje chałki, ze mogę coś zrobić i zarobić i dalej być w domu. ha!

oby się ten "chałowaty" biznesik rozwijał!



piątek, 20 sierpnia 2010
wygląda tak:



wczoraj wieczorem zrobiłam 9 takich. 8 na sprzedaż, a jedną w celach marketingowych ;) znaczy - małe kromeczki z masłem celem degustacji i popadnięcia w zachwyt i natychmiastowego kupienia. za 3,90e. wiem, mało to nie jest, ale home-made, i składniki i w ogóle. kupilibyście? mam nadzieję, ze klienci Jabees'a* tak :)

no a poza tym - znowu historia z taczkami**

obiecane fotki pokoju dziewczyn zrobiłam dopiero dziś i natychmiast wrzucam!


ciemne, wiem. ale za to slońce pięknie podświetla zasłonki w Kubusie i Prosiaczki. z prawej łóżko Rutki - z dodatkowym, wysuwanym pod spodem. Arielka ciągle w szczebelkach - ale jak widać, radzi sobie świetnie. fotel pasiasty - do niczego mi nie pasuje, ale jest potrzebny i wygodny - doczeka się w końcu jakiegoś pokrowca.



kącik zabawkowy. moja mała duma ;) zestaw "pudeł" z Lidla i mebelki z charity.



zabawkowy kąt - cd. nawet na zdjęciu widać, że ściana za drzwiami jest okropna - z jakimiś purchlami i plamami. mam już na nią plan. w ogóle - każda stumilowa naklejka maskuje jakąś plamę, odprysk, rozmaz czy inną niedoróbkę malarską... drzwi pomalowane udająca drewno farbą, która zaczyna odłazić. ech. nic to! pomarańczowy miś koło białej komody - to nocna lampka. taka, która się świeci w nocy i daje ciepłe, nie drażniące światło. prezent od Wuja Przema!


szafa ścienna też wymagała maskowania. ściana nad łóżeczkiem Ariel to 'plecy' szafy w Igora pokoju. więc nic ciężkiego na niej nie powieszę. ale i tutaj mam plan ;)

a jak się dobrze przyjrzycie panience Ruth, zauważycie, że ma grzywkę. tjaaa. małe psotne licho! obcieła sobie włosy! tak się kończy zabawa nożyczkami bez nadzoru /nadzór był nieobecny przez około 3minuty. wystaczyło/. po oszacowaniu strat dokończyłam grzywkę, a żeby nie ciąć więcej, 'koński ogon' będzie obowiązującą fryzurą przez najbliższe 6 miesięcy.....



*Jabees - stacja benzynowa i sklep przy niej, należąca i prowadzona przez naszych Amisz-Mennonitów
** taczki - norrrmalnie, młyn taki, że nie ma kiedy załadowac ;)
 
1 , 2 , 3