pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
sobota, 31 lipca 2010
szabat się skończył i komp wrócił do życia.
mam małą przerwę. a może trochę się schowałam?
moje panny już śpią, drobiazg gości w wannie i zaraz zapadnie błoga cisza.
nie jest tak źle z gośćmi, a nawet jest całkiem dobrze.
gada nam się miło i do tego na tematy wszelakie, czasem tylko języka brakuje. albo nadmiar jest. całkiem niechcąco zaczynam mówić po rosyjsku :D
moje dziewczyny przeszczęśliwe z powodu posiadania koleżanek na dłużej - zabawy, gonitwy, krzyki i piski. jak one się dogadują - tego nie wiem - ale jakoś im się udaje.
jak to było do przewidzenia - są zgrzyty z dzieciakami. chyba się rozbestwiłam patrząc na Mennonickie dzieci. w sumie - nie moja sprawa, ale czasem mialam ochotę %&^$#@. cóż - pozostaje mi modlić się i dołożyć starań, zeby niektóre wybryki nie były udziałem moich poTomków.
ale i tak uważam, że jest wielce OK. to taki rodzaj gości, co to przywozi turystyczną lodówkę z zapasami i na drugi dzień się orientuje w kuchni. własnie mama Chu piecze jakieś ciasto :)

tak więc - mimo wszystko - zdecydowałabym się na powtórzenie takiego zwariowanego łikedu.
tym bardziej, że wiecie... serce mi się kraje, jak myślę o tym ośrodku...

--------------------------------------------------------------

a! i "sprzedałam" dzieciakom nową, lepsza wersje znanego przeboju :)
w końcu - to część ich dziedzictwa :)
dzięki, Saralewa :)


czwartek, 29 lipca 2010

w nagrodę za to, że się narobiłam w kuchni, pójdę ogarnąć sypialnie i przygotuję łóżka.
ale to za chwilę, niech usiądę na chwilkę choć...
łikend nadchodzi, a wraz z nim GOŚCIE!

jutro koło poludnia przyjeżdża cała rodzina Chu. cała - 7 osób. na cały łikend.
chcemy razem świętować szabat. potem zostaną już do niedzieli i razem pojedziemy na nabo.
a po nabo mamy gości na obiedzie. calkiem innych gości. rodzina Chu wraca do siebie, a do nas przyjeżdżają Daniel Yo z Barbarą i reszta.
mam nadzieję, ze jakoś to wszystko ogarnę.
gołabki mex już zrobiłam i do niedzieli poczekają w zamrażarce. chałki też już są. Daniel Chu ma zrobić w piątek plow /Borsuk już kupił baraninę/. ja mam przygotować czulent na sobotę. po drodze mamy jeszcze dwa śniadania i kolację - musze to jakoś ogarnąć...
dzieciaki Chu są bezdenne - ale w ośrodku, gdzie 98% stanowią Czarni, kucharze też są Czarni i gotują "afrykańskie" jedzenie. a biedne, dyskryminowane Białasy muszą się z tym męczyć! więc musze to jakoś ogarnąć...
a najmniejszej sypialni, gdzie jest podwójne łoże będą spali rodzice z Nancy /prawie 3/. Duże Dziewczyny /Dina 14 i Rina 12/ u Igora - jedna na łóżku, druga na materacu na podłodze. Gilead /5/ u dziewczyn  w takim szufladowym łóżku wyciąganym spod Rutkowego łóżka. Noah /10/ na sofie w living roomie. uff :) a jeszcze mamy jeden materac i dwie karimaty i jedną sofę w living  roomie wolną! ha!
muszę to jakoś ogarnąć...
kołder mało trochę, ale kocy za to dość i śpiwory są. dobrze, że lato :)
jeszcze tylko dopilnować, żeby towarzystwo nie rozniosło chałupy i już. trochę yyy... energiczne są dzieciaki Chu. i trochę im ciężko zrozumieć słowa NIE lub STOP. ale znają mnie już i jakoś to ogarnę, nie?...

Borsuk nie ma co dziś liczyć na porządny obiad. krupnik dostanie tylko. ale za to jaki! mój własny, autorski i błyskawicznie znikany przez cała rodzinę! lubicie krupnik? moze to nie najlepsza zupa na polskie upały, ale co tam.
na roztopione masło wrzucam czerwoną soczewicę - tak ze 3 duże łyżki. i duszę. jeśli mam drobną kaszę - to dusze razem z soczewicą. ale jak mi nie po drodze do poskiego/rosyjskiego sklepu, to barley/pęczak gotuję osobno i dodaję - ale to potem. więc najpierw na maśle duszę soczewicę i mieszam dość często. potem dodaję starte na tarce /ja używam mojego masakratora/ warzywa - marchewkę, pasternak /ciągle nie udało mi się znaleźc korzenia piertuszki/, seler /czasem naciowy, bulwa to też trochę egzotyka/, por. i dodaję i dusze z soczewicą. zalewam gorącą wodą - jeśli mam pęczak, to teraz do wrzucam /ugotowany! razem z resztką wody!/. ziemniaki ręcznie kroję w kostkę i do gara. sól, liśc laurowy i ziele angielskie /zaczełam używać sproszkowanego - ależ to pachnie! nie darmo nazywa się allspice!/. można suszony grzybek. można czosnek. co tam kto lubi. ale krupnik z czerwoną soczewicą, duszony na maśle - to jest bajka i rewelka po prostu! i żadnych kostek rosołowych!

***
tja. wieczór mnie dogoni,ł a notka nie skończona.
wiec dodatek nadzwyczajny:
DELICA INSTEAD już nie jest nasza.....
ot i tak. i nas kryzys szczypie. a poza tym - nowe pomysły wymagają inwestycji...
wtorek, 27 lipca 2010
- jak mawiała Iksińska :)

dobrze czasem w niego wpaść - ratuje do dom przed całkowitym zarośnięciem brudem.

a mój był o włos ;)

w amoku sprzątania łazienek zapakowałam zabawki kąpielowe do zmywarki. po kąpielach z dodatkiem oliwki pojawiła się na nich warstwa żyżnej gleby. i ręcznie już mi się chciało i nie dało.
o mało co nie zapakowałam tam też nocnika, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że to nie samo :D

teraz przerwa.
mała kawa.
potem reszta.

odgruzować chalupę - to raz.
przygotować chałupę na łikend - to dwa!
bo łikend - to będzie HOHO!

no to nara :)

a! Duże Dziewczyny wczoraj wróciły do siebie.
sobota, 24 lipca 2010
recydywa!
znowu!
zrobiliśmy to ponownie!!

nie wiem jak ani dlaczego. przecież.....

no nic. Igora pupilek, rak-nieborak, nie żyje :(

więc tak - na przyszłość:
albo - Igor zabiera swoje zwierzatka na wakacje ze sobą.
albo - Igor zostaje na wakacje w domu ze swoim raczkiem.
albo nie wiem co. znowu nam łyso :(

ależ sobie pluję w brodę, ze nie wziełam aparatu!
co za trąba jerychońska ze mnie!

żarcia bym nie uwieczniała, cóz takie żarcie - tyle że dobre i dużo.
ale potem!
moglibyście zobaczyć zawody w wożeniu żony na taczkach. widok niezapomniany, kiedy nobliwe matrony machały nogami /zeby było szybciej/, a poważni panowie raźno zasuwali po mokrej trawie i ledwie wyrabiali na zakrętach.
przeciąganie liny wielką atrakcją nie jest, ale mimo wszystko warto było zobaczyć zwłaszcza w wykonaniu "młodziezy stanu wolnego", kiedy to męska reprezentacja wygrała /w przeciwieństiwe do rywalizacji między "dziećmi 5-16" gdzie wygrały dziewczyny/. kawalerowie przeciągneli panny po trawie, aż buty fruwały w powietrzu, a tu i ówdzie jakaś halka zajaśniała ;)
wypuszcznie do nieba masy kolorowych balonów też wyglądało pięknie, zwłaszcza że Uncle Ed dodał do tego pouczającą historyjkę.
spektakularne puszcznie balona na rozgrzane powietrze było tym bardziej widowiskowe, że jak wreszcie wystartował, to natychmiast zawisł na drutach elektrycznych. a co najlepsze - paliwo ciągle się paliło i groziła nam spora awaria prądowa! zdejmowanie złośliwca z drutów też było niezłą akcją, zwłaszcza, że dopingowali jej wszyscy sąsiedzi.
jednak najlepsze było przeciaganie się mężczyzn z traktorem. żwirowy podjazd wzbogacił się o parę dołków, a trawnik stracił nieco trawy. za to jakze uroczo wyglądała czołówka ciągnących!

gonitwy dzieciaków, piłki, hustawki i zjeżdżalnia.
dorośli - wiadomo - gadali.
i tak sobie tam siedziałam, najedzona i obśmiana, patrzyłam na tych ludków i słuchałam o czym gadają albo i nie rozumiałam o czym gadają, ale czułam się absolutnie i skończenie szczęśliwa. właściwie moge już nie marzyć o niczym. dobra - o niczym wielkim i poważnym. to jest moje prawdziwe życie i to jest moje TU i TERAZ.
 
1 , 2 , 3 , 4