pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
czwartek, 25 czerwca 2015

mieszka  znami taka baba... jej glownym zejeciem jest myslenie. myslenie, rozmyslanie, roztrzasanie, analizowanie, interpretowanie, doszukiwanie sie, projektowanie, dyskutowanie z sama soba, martwienie sie, gdybanie i cholera wie, co jeszcze w tej jej chorej lepetynie sie wyprawia.... nie lubie jej. no ale jest. ech. siedzi w mojej glowie. staram sie byc dla niej wyrozumiala - ostatnie pare lat nie bylo dla niej latwe, niby nic sie dzialo - ale rewolucja duchowa, konfrontacja z Rodzicielka, mega kryzysy malzenskie i nieustanna krotkosc finansowa - daly jej w kosc. mimowolnie wydeptala sobie w umysle szaro-bure sciezki i mimo, ze wcale nie chce - to ciagle nimi chodzi.

oj, wiecie. malzonek sie malo angazowal. no ale teraz sie angazuje! a ona na to - "no tak, kawe mi rano zaproponowal, chalupe poodkurzal, obiad zrobil, w ogrodku grzebal, krzeslo skleil.... ale smieci nie wyniosl! ha! nie wyniosl! a prosilam! no tak, on nigdy nie robi tego o co prosze, zawsze wszystko na mojej gowie... niby powiedzial, ze zaraz wyniesie, ale widac zapomnial. on zawsze cos zapomina, jak mu tu wierzyc? jak zyc? no ale to facet, a wszyscy wiemy jacy oni sa... czegoz tu sie spodziewac po mezczyznach? nic dobrego..." i baba pedzi w swoim durnym lbie na grzbiecie lawiny prosto w przepasc. biedna baba. widzi, ze sciezki, ktorymi chodzi, to nie tylko jej sciezki, to koleiny wydeptane prze pokolenia, skrzywdzonej Babci i nieszczesliwej Matki, to pulapki, ktore zastawilo wychowanie, spoleczenstwo i wlasne doswiadczenia... zal mi tej baby i nie lubie jej. 

lecze ja.

mistrz Eckhart Tolle, yoga, medytacja, kontakt z Matka Natura. pliki binarne o odpowiedniej czestotliwosci,  9 Solfeggio Frequencies, dobry sen i mozliwie najzdrowsza dieta. tak lecze moja babe. niechby wreszcie umarla od tego leczenia!!! ;)  

środa, 24 czerwca 2015

"graduation" w przedszkolu :) w zielonych togach przyszli ABSOLWENCI :D od wrzesnia zaczna dwuletnia "zerowke". Buzz Astral bedzie jeszcze rok przedszkolakiem, chociaz wolalby byc Iron Manem ;)

 

"stepping up" w Educate Together NS. trzecia klasa to nie przelewki... Ruti awansowala z mniejszych, czerwonych krzeselek, na doroslejsze, niebieskie :D

tutaj doskonale widac segregacje krzeselkowa ;)

 

pierwsza klasa byla gospodarzem ostatnigo w tym roku szkolnym "assembly" - takiego wyluzowanego, okazjonalnego apelu, kiedy sie chwali, oglasza i spiewa - na przyklad "happy birthday"dla jubilatow :)

panowie zmierzaja na zakonczenie roku szkolnego w polskiej szkole...

:D  matka i jej gromadka :)

czesc najoficjalniesza - zakąszenie roku szkolnego ;)

a tutaj nasza prawie-ze rodzinna artystka, podczas otwarcia swojej wystawy, konwersuje ze swoim byc-moze-in-spe "tesciem" :D

a tutaj mlodociany Impressario ;) ktory wlasnie zakonczyl 3letni etap studiow, zapisal sie na kojejny rok i grozi, ze to nie koniec!

a przeg kawiarnia z wystawa, dwie male dziewczynki bawia sie w tutejszea wersje "pani zo-zo-zo, pani sia-sia-sia, pani Zo, pani Sia, panie Zosia meza ma!"

a tutaj -z serii "nowe wersje starych bajek" - "Wlochata i Piekny" :D

piątek, 19 czerwca 2015

w srode Ruti miala "stepping up", w czwartek u Eligo  "graduation" a w piatek klasa Arielki prowadzila ostatnie przed wakacjamy "assembly". naimprezowalismy sie, ze hej! ale przy okazji pospacerowalam sobie z moim Gandalfem po Miescie. nie jest to czesta okazja, zaszylismy sie na naszej dzikiej wsi, zawozimy kogo i gdzie mamy zawozic, zakupujemy wylacznie tam, gdzie niedrogo program minimum mozna nabyc, skromy peczek znaomych wizytujemy docelowo. dziko troche, ale coz, taka karma jak na razie.

no, ale pochodzilismy sobie. ja w swojej jedwabnej, patchworkowej spodnicy z Nepalu, z wlasnoreczna, dzinsowa torba na ramieniu i rozcapirzonym, dredlokowym kokiem. Gandalf w nonszalanko zszarganych bojowkach, z dzika broda i siwym kucykiem. i w calym tym korowym, multikulturowym, mniej lub bardziej modnym tlumie co jakis czas lapalsmy cichy, magiczny kontakt z innymi wariatami. macie tak czasem? za spotykacie kogos w sklepie czy na swiatlach, mijacie sie na ulicy i przez pare sekund patrzycie sobie w oczy i tak prawie niezauwazenie sie usmiechacie i dajecie sobie tajny ZNAK, ze WIECIE. ze rozumiecie. ze "wy tez tak macie". bo to naprawde jest ktos tajemniczo specjalny. w naszym przypadku to takie okazy: siwiejacy, z lekka ucywilizowany Viking, ktory moglby byc kumplem w sam raz dla Gandalfa. podsuszona babcia kiedys-hipiska z ktora bym mogla szyc, pruc, ciac i dziergac. naprawde zbuntowany, skromny mlodzieniec grajacy na ulicy na gitarze. wielbicielka celtyckich tatuazy z mnogoscia kolczykow. ale przeciez nie kazdy! we wpolczesny tabunie brodaczy w lokiem, wszechobecnych tatuazy czy zamaszystych spodnic - tylko niektorzy sa prawdziwie walnietymi wariatami i jako tacy, nieomylnie wyczuwaja swoich.....

a o imprezach - nastepnym razem :)

wtorek, 16 czerwca 2015

katar ogolnorodzinny i poranne, zardzewiale gardla - ot, takie letnie przeziebienie. tylko, ze ja, z wrodzona umiejetnoscia komplikowania sobie zycia, zrobilam z tego kalectwo! jak? o, tak - kichajac! kichnelam, kaszlnelam i sobie znowu cos zrobilam z barkowo-karkowym odcinkiem kregoslupa. miesien jakis niefortunnie naciagnelam. znowu!

juz ktorys raz w tym roku - raz ratowal mnie nasz ulubionu chiropraktyk, potem juz Gandalf, przez chiropraktyka przeszkolony. mial Achilles swoja piete - mam i ja lekka lordoze szyjna ;) przynajmniej brzmi arystokratycznie ;)

a dzisiaj wtorek! od poczatku czerwca, we wtorki i czwartki chadzamy rodzinnie na treningi. panny nasze, po prawie dwoch latach maja juz zielone pasy w Hapkido. staruszkowie dopiero zaczeli. grupe mamy mala - piecioosobowa, z czego Eli glownie wariuje ;) ciesze sie z tego bardzo! raz - ze to aktywnosc rodzinna. dwa - ze mnie/nas zmobilizuje. marzy mi sie bowiem juz od dawna, zeby zaczac znowu cwiczyc. nie, nigdy nie bylam zadnym sportowcem, ale zawsze lubilam sie troche poznecac nad wlasnym cialem. z lezka w oku wspominam czasy, kiedy nie moglam spokojnie zasnac, nie zrobiwszy setki brzuszkow wieczorem! ale to bylo maz-troje dzieci-i-kraj temu...

ale chyba dziala! do wymarzonego, porannego wstawania brakuje mi wsparcia i motywacji. wszystko przez mojego meza - od kiedy jest w domu, wspolne wieczory ciagna sie czasem bardzo dluuugo...  ale Gandalf sobie zdal sprawe, ze kondycja, elastycznosc i ogolna koordynacja ruchowa starych Freyow /a zwlasza tej bardziej astmatyczne polowki/, jest mizerna. wiec jest szansa na pobudke przed dziecmi, troche jogi, jakies cardio, pare kopniec i przerzutow, chwila medytacji - i witaj nowy dniu!

taki jest plan. wdraza sie! :)o

niedziela, 14 czerwca 2015

ulubione Brownstown :)

klub zdobywcow wszystkiego co sie da :D

laskawosc naszej Matki, Slonca, opromienia ich swym blaskiem, cieplem i stosownym promieniowaniem ultrafioletowym :D

psy na slono w panierce z piasku :)

"uwiezione przez fale" - tak sie nazywala ta zabawa. polegala, oczywiscie, glownie na darciu sie....

mam glona i nie zawaham sie go uzyc!

ktos o brode pytal? broda jest :) oto moj wlasny Gandalf w rozowych okularach :D

 
1 , 2