pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
środa, 29 czerwca 2011
jako, że jutro rozpoczyna się Tall Ships, wybrałyśmy się z dziewczynami do naszego wiejskiego parku, czatować na wpływające żaglowce. wiejski park /jak wszystkim zapewne wiadomo/, jest nad samym morzem, na wzniesieniu, z widokiem na zatokę i cypel Hook Head. do tego posiada plac zabaw, ogrom trawnika, piknikowe stanowiska, trochę drzew i dwa zejścia na małe "klifki" czy też skały.
deszczyk przeleciał tylko dwa razy. w międzyczasie słonko i chmury na sucho. ale w towarzystwie bardzo orzeźwiającego wietrzyku. czerwiec. KONIEC CZERWCA!!!

ale i tak spędziłyśmy tam caluteńkie popołudnie.

żaglowce widziałyśmy dwa. niestety, ze zwiniętymi żaglami. i calkiem sporo pomniejszych jachtów i łodzi żaglowych. oraz kutrów i barek i małych jachtów i nawet jeden okręt "wojenny".





a tak się chroniłyśmy przed deszczem





a jutro wybieramy się do miasta na cały dzień. bo atrakcji ma być masa. zerknijcie sobie na program.
aha! całe centrum będzie zamknięte dla samochodów. nieźle, co?! ale my mamy TAXI :) a oni mogą :D:D:D
no i biorę wózek. raczej jako "walker" dla mnie, chociaż dziewczyny pewnie też skorzystają.
ide spać i zbierać siły.

PS: trzymam się, cholera, tak się mocno trzymam, ze aż mnie wszystkie mięśnie bolą. ale obawiam się....

poniedziałek, 27 czerwca 2011
do zanotowania w kajeciku i zapamiętania na przyszłość:


nie należy sobie organizować zagonu ziemniaków i pięciu rzędów fasolki /tudzież innych/, jeśli nie ma się gromadki nastoletnich dzieci do pomocy lub zasobnej kiesy na wynajęcie pracownika, a już na pewno nie nalezy brać się za takie przedsięwzięcia, kiedy ma się dwoje ruchliwych maluchów na stanie, trzecie w drodze, męża pracującego całymi dniami i wadliwe biodro.
O!

i nie mam pojęcia, jak to drzewiej bywało.
sobota, 25 czerwca 2011
oszczędzać sie też trzeba oszczędnie. żeby na dłużej starczyło ;)

w poniedziałek /kuśtyk, kuśtyk/ wziełam się za naszą sypialnię i znajdującą się na przeciwko tzw. "ostatnią" sypialnię, używaną jako skład, magazyn i ewentualnie pokój gościnny. skutkiem tego wtorek i środę naprawdę się musiałam oszczędzać.

w czwartek zabrałam sie za chwasty, wypieliłam* cały rząd fasolki /pełzu, pełzu/, więc w piątek też się musiałam oszczędzać.

kiepsko mi to idzie. ale z biodrem jest lepiej i kombinacja pas+oszczędzanie działa.

***
przeczytałam książke Iwony Banach "Chwast". polecam. ciężka, ale i tak polecam. niedługa, do natychmiastowego połknięcia. i mimo, że nie uważam takiej terapii za sensowną - kopnełam w dupę moje smętki i doły i frustracje. mam tysiące powodów, żeby być szczęśliwa.
a teraz dla równowagi karmię się "Anią z Zielonego Wzgórza". lata nie czytałam. aż by się człowiek chciał tam przeprowadzić. ale w sumie po co - skoro w Amiszewie podobnie... tak samo nierealnie i tak samo nieosiągalnie.

***

dużo ostatnio myślę o tożsamości. kim jestem. kim będą moje dzieci? wiem coraz dokładniej kim nie będą - z różnych powodów. lub kim nie chciałabym, żeby byli. nie będziemy Mennonitami czy Amiszami. nie chcę, żeby moje dzieci były Irlandczykami /Borsuk wpomina coś o paszportach. ale paszport to jeszcze nie wszystko/. Polakami? stare Freye i Igor - owszem, jesteśmy Polakami. ale młodsza część rodziny? czy nie skazujemy ich na wszechstronne outsajderstwo? ani Polak, ani Irlandczyk. ani Mennonita, ani protestant. dziwadło. jeszcze wieksze dziwadło, niż my się stajemy. a to oznacza samotność. och, owszem, jakże hartuje! ale jak ciąży czasami....
myślę. dużo myślę.

***

u nas 90% wilgotności. mgłę można kroić nożem. fajnie, nie? ale jutro ponoć ma być radykalna zmiana. ciekawe w którą stronę ;)


* jak się mówi? wypieliłam? wyplewiłam? odchwaściłam?!
wtorek, 21 czerwca 2011
trzymam się.
trzymam się ścian i dzięki temu łapię pion.

w wymiarze fizycznym i psychicznym.

lewe biodro. przy Ruth zakłuło parę razy, czasem mi się noga sama złożyła, kwiknełam czasem niespodziewanie i było nawet zabawnie. przy Ariel złotoręka Cecylia uratowała mnie od coraz częstszych i mocniejszych "sieknięć". teraz pobolewało, kłuło i dźgało, aż ten tydzień o mało nie rozleciałam się na kawałki. z bólu. przy każdym kroku. usiąść to przygoda, a wstać - jeszcze większa. kucnąć? schylić sie? zapomnij. chodzenie? fanaberia.
poskarżyłam się na wizycie w szpitalu /ciągle chłopak, zdrowy, jak to dziewczyny ze śpiewem światu obwieszczały "nasz dzidziuś ma sisiorkaaa!"/, więc mnie wysłali do fizjoterapeuty. ta dała elastyczny pas, trzymający moje biodra w kupie i jest troszkę lepiej. pas plus cholerna opcja "oszczędzam się" i nawet jest całkiem trochę lepiej.
nie aż tak, zeby iść na spacer, o nie. ale z living roomu do najdalszej sypialni zdarza się bez kwiknięć.
a zresztą - jaki spacer. jak deszczyk sobie wesoło napiernicza z nieba. ta-dam!

wszystko to razem, plus to co kiedyś, nie powoduje u mnie erupcji radości i optymizmu.
dno i pięć metrów mułu.
Bibba - miałaś racje.
coraz bardziej ledwie, ale ciągle jeszcze. trzymam sie.

ale nie będę Państwa zanudzać moimi narzekaniami, przecież wszyscy wiemy. narzekać nie wolno, popadać w depresje zabronione, trzeba było nie zachodzić, i jak się ma braki i wąskie horyzonty kury domowej, to nie dziwota.
ot i tak.

ide.
wtorek, 14 czerwca 2011
szósty słoneczny, ciepły i niebieski dzień! aż się boję, że się rozbestwię! ;)

lewy staw biodrowy załatwiłam sobie na cacy. ledwie łażę. moja złotoręka Cecylia wróciła do Francji. muszę poszukać jakiegoś tubylczego masażysty/osteopaty/cudotwórcy. może jutro coś mi poradzą w szpitalu? albowiem idziemy na "połówkowe" USG. zobaczymy, co tam u małego słychać /BTW - dostałam ogromny wór ubranek dla chłopca. hihihi - zaczyna się :)/

znacie tą mądrość ludową? że dzieci są albo czyste albo szczęśliwe? skoro moje są co wieczór niewyobrażalnie wręcz brudne, to muszą być również niewyobrażalnie szczęśliwe? mam nadzieję :) leję im wodę do piaskownicy /wodownicy w takim razie/, paprają się w błocie, robią zupę ze ślimaków i trawy, kamienie to ciastka a brudna woda to herbatka. i piknik dla pluszaków gotowy :D najchętniej bym całe towarzystwo wrzuciła razem do pralki! bowiem pięty, od chodzenia boso, są ciągle zafarbowane na zielono. a reszta...


znacznie mi dziś lepiej. wybrałam się "na kulki" z dziewczynami, spotkałam z koleżanką, powłóczyłam po mieście, spotkałam druga koleżankę. słońce świeciło, pogrzebałam w ziemi /staw biodrowy!/. dziczenie na wsi jest fajne, kiedy jest dobrowolne. i ma się w zanadrzu odskocznie. no i trochę słońca!


 
1 , 2