pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
środa, 25 kwietnia 2012

no wlasnie. przeprowadzka?

zimowa pora, kiedy sprawa ET ciagle byla pod znakiem zapytania, i kiedy szarosc za oknem i lekkie zadupie daly nam w kosc - powaznie bralismy pod uwage ewentualnosc przeprowadzki. potem, kiedy powiedziano nam, ze niestety, miejsc nie ma, i kiedy wiosna przyszla i uroki wsi znowu sie objawily - znowu postanowilismy zostac. pies zamieszkal u nas, poniewaz zostajemy na wsi! ma przestrzen do biegania a i nam sie przyda czujny stroz na naszym uboczu. i jakze tu myslec o przeprowadzce? ech. nawet Igor, najgorliwszy swego czasu oredownik opcji 'miejskiej', machnal reka i oglosil, ze TU jest fajnie. a wielka trampolina na ogromnym trawniku? a moje wymarzone kury, a tunel foliowy i ogrodek, a drzwi ciagle latem otwarte jak to na wsi, i ogromy, nasz wlasny kawal nieba nad glowami... no i widoki i przestrzenie, morze, gory, pola chmury...

zatem - zobaczymy.

spod domu do szkoly jest 20km. jest koncepcja, jak ugryzc kwestie dojazdow calej ekipy. zobaczymy. na razie dajemy sami sobie szanse. moze sie jakos da. a jak nie - zawsze, zaprawde, zdazymy sie przeprowadzic!

dodam tylko, ze dziewczyny beda w roznych grupach - Ruth w Senior Infants, Ariel w Junior Infants. ciesze sie, JAKNIEWIEMCO!! :)

 

pozostajac w kregu zagadnien edukacyjnych: posiadacze zwierzat domowych - znacie kliker? metode pozytywnego wzmocnienia i/lub metode klikerowa? goraco plecam TO DZIEWCZE :) wie, co mowi i przystepnie dzieli sie ta wiedza /w pieknym, amerykanskim angielskim, miod na moje uszy/. zainspirowanie jestesmy z Borsukiem, napaleni, gorliwi i pelni entuzjazmu. zaczelismy juz Szaron uczyc prostych rzeczy i TO DZIALA, ALBERCIK! :) czytamy po kolei nasze 6 ksiazek o psach, ogladamy KikoPup i innych, i mamy wielka nadzieje, ze i nasz pies bedzie taki madry i posluszny :) a moze i nie tylko pies.... ;)

 

nieustannie na ten temat edukacji - Igor ma jutro pierwszy egzamin zaliczany juz do egzaminow 'maturalnych'. ustny z niemieckiego, ktory daje max 25%. zaczyna sie. a konczy pod koniec czerwca. oby zdal wszystko najlepiej jak moze! wyluzowany jest, nie stresuje sie. moze to i dobrze, ale wiem, ze bardziej wynika to z niefrasobliwosci niz pewnosci, ze jest swietnie przygotowany. ugh! oby zdal i oby dostal sie na WIT!

 

kontynuujac temat dzieci: Eli zmierza do przekrecenia sie na brzuszek. umie juz zmienic pozycje na 'na boku' i ciezko pracuje nad dalszymi postepami. ciezko! bo 9,5 kilograma polrocznego czlowieka to nie byle co! :) odpuscilam konsultacje z HSE. poczekamy.

córeczki rosna sobie, kazda na swoj sposob i zaliczaja kolejne etapy i fazy. na przyklad 'my little pony' - i ku wlasnemu zdziwieniu - nawet mi sie to podoba. obawialam sie, ze jest gorsze - bardziej lukrowane i slodkopierdzace - ale nie. akceptowalne. no i one to uwielbiaja!

inne, mniej fajne fazy, to takie zawziete NIE! u Ariel, i przekora i upór i stawanie okoniem. bo 'ja chce!' a jak cos idzie nie po jej mysli, to sie wscieka. a jak sie wscieknie i popadnie w zly humor, to zaczyna robic na zlosc i spektakularnie kopac i rzucac roznymi rzeczami, a jak juz wie, ze cos powinna, tym bardziej robi na odwrot /np: zla o cos chce wyjsc i przepycha sie do drzwi. 'mowi sie przepraszam' zwracam jej uwage. 'przepuuuusc mnie!!', 'powiedz przepraszam', 'chce wyyyyjsc!!' itd/; a u Ruty dlugotrwale, rozpaczliwe placze. dzis plakala przez godzine, bo 'ona chce zagrac na komputerze Igora'. tlumaczenia i prosby na nic sie nie zdaly, postanowilam zignorowac. och, jakze rozpaczliwie buczala, plakala, ryczala i smarkala! co jakis czas odzywajac sie calkiem normalnym glosem do siostry. a kiedy przekonala sie, ze nic nie wygra, zaczela '...ja chce.. yyy. ja chce... bo ja tesknie do babci!!!' i kolejne pol godziny. ech. czasem mam ochote je tasma potraktowac... plus knebelek!! ;)

czyli wszystko w normie, prawda?

 

 

*pewne rzeczy sa ponadczasowe i niesmiertelne

wtorek, 17 kwietnia 2012

przedostatnie wiadomości z ewentualnej dziewczyn szkoły nie były dobre. miejsc brak. są wprawdzie na liście rezerwowej, ale na dość dalekich pozycjach. przebolałam, przemyślałam, przekonałam sama siebie, że całkiem fajnie będzie w amiszewskiej, przykościelnej szkole. już się nawet cieszyłam - Ruti chodzi do kindergarden i ma absolutnie bezstresowo, bo i twarze znajome i miejsce...

ale dzisiaj nagle, ot, znienacka zadzwoniła miła pani i powiedziała, że SĄ MIEJSCA DLA RUTH I ARIEL W EDUCATE TOGETHER!!

- wrażliwi - nie czytać między gwiazdkami ;)

***

pies. pies jest wesołym i mądrym szczeniakiem rasy 'owczarek niemiecki'. zrozumiałe były dla nas jej sensacje żołądkowe zaraz po przeprowadzce do naszego domu - stres. no i karma u hodowcy nie była najlepsza, a raczej tańsza i gorsza. więc 'słynna praczka' nas nie martwiła. pies przywykł, karma została zmieniona na lepszą - a często i rzadko trwało ciągle. gotowana marchewka tylko trochę poprawiła sytuację. aktualnie przechodzimy na domowe żarcie - ryż, marchewka, surowe mięso itp. i mam wielką nadzieję.... bo sprzątanie na dzieńdobry czterech, malowniczo rozlanych budyni z kuchennej podłogi, to nie jest to, co bym chciała robić o 6.30...

a na niedzielnym fellowship meal nakarmiłam sobie synka zielonym groszkiem. raptem parę ziarenek, rozmamlanych przez mamę - ale i tutaj sprawa wypróżnienia stała się kluczowa ;) przemarudzony poniedziałek, kiepska noc i przepiękny owoc stękania długiego - amen! :)

 

***

a na karku, to ja mam termofor. oraz maśc rozgrzewającą. coś mi wlazło w bark i boli i siły nie ma i rozlało się na kark i łopatkę. to zapewne od trzymania kochanego, prawie 10-kilowego synka na lewym biodrze i wykonywanie prac domowych prawą ręką. ech! a słońce dziś takie piękne i możnaby w ogródku popracować!

 

długi poranek w szlafroku, z kawą i laptopem. mają swój urok takie poranki, ale dlaczego dziś?....

 

ps: po południu wizyta u naszej midwife. szczepienie i oględziny. ha!

niedziela, 15 kwietnia 2012

w Amiszewie był dzis fellowship meal i sie nażarłam do wypęku. uff..

 

ale nie o tym chciałam.

synek Jennefer - Gregory - jest jakis tydzien od Eliego młodszy

synek Helen - Judah - jest dzień od Eliego starszy

obaj są znacznie mniejsi, lżejsi, szczuplejsi niz mój pulpet. ale. przekręcają sie na brzuch, podnoszą klatke piersiowa na wyprostowanych rekach, krzepko trzymaja glowke, az im szyje widac, jeden z nich posadzony przez mame - po prostu siedzi. Eli nic z tego.

nie chce sie nakrecac porownywaniem, nie chce popadac w panike, nie bierzemy udzialu w wyscigu 'kto pierwszy'. ale. czy to moze byc oslabione napiecie miesniowe? odwiedze zatem lekarza. ale boje sie, ze po irlandzku machnie reka....

 

 

poza tym mam kaca moralnego i wyrzuty sumienia. i mala pretensje do kogos. co z tym zrobic? najlepiej byloby wymazac z pamieci. ech... czas, czas leczy wszystko. tymczasem cierpie :(

piątek, 13 kwietnia 2012

nowy członek rodziny dostarcza nam pełnego spektrum niezapomnianych przeżyć. na przykład węchowe. no cóż, to szczeniak i zdarzaja mu się różne śmierdzące przygody. zwłaszcza, że coś mu nie służy i równocześnie rzadko i często :/ na tym polu spieramy się z Borsukiem od tygodnia, przecież każdy powód jest dobry, żeby się trochę posprzeczać, pokłócić, poobrażać i strzelić focha, nie? mamy odmienne koncepcje żywienia psa, miejsca na legowisko, szkolenia psa, zakresu praw i ograniczeń, koloru obroży i co tam można sobie jeszcze wyobrazić...

uf, to był ciężki tydzień. dochodzimy powoli do jakichś kompromisów i wspólnych wizj. doskonale, bo chwilami miałam ochotę wygnać psa i Borsuka w siną dal, albo samej, samiuteńkiej cichutko sobie zwiać. wszystko to utwierdza mnie w przekonaniu, że jesteśmy dwa stare uparte głupki. hehe :)


***

widok z okien jest oszałamiająco wiosenny. słońce potrafi lśnić oślepiająco na lazurowym niebie. ale nie daj się zwieść! ziąb przenika do kości, czarne, wilgotne i lodowate chmury skradają się chyłkiem a szron i grad znęcają sięnadwątłą wiosenną zielonością.

ale i tak córki biegają głównie boso i jak tylko je spuszczę z oka zaczynają błotniste zabawy. celuje w tym zwłaszcza Ariel, nie daje się przekonać, że z mega-katarem, jaki ją dopadł, lepiej na razie zaniechać takich zabaw. i że ubłoconym rękawem nie należy wycierać nosa. nie wiem, co gorsze - błotniste gile na rękawie czy zaglucone błoto na policzku?

zaczeliśmy - wyjatkowo późno w tym roku - prace ogrodowe. Igor warczy trymerem i walczy z żywopłotem. zażyczyłam sobie odzyskać widok z kuchennego okna. na mała dolinke, krowy, traktory i morze w oddali. a my, dziewczyny, przygotowujemy tunel. najpierw porządki, potem wielka destrukcja, potem naciąganie nowej folii i dopiero będzie się do czegoś nadawał. tymczasem rozsada sobie rośnie, a ja znalazłam jeszcze więcej małych doniczek i może by tak jeszcze coś posiać?....

***

w ramach eksperymentów kulinarnych zrealizowałam przepis na "kiełbasę z tuńczyka" z takiej oto książki /która tak naprawdę mi się nie podoba, bo mam awersję do KRK, ale przepisy się tam zdarzają naprawdę ciekawe!/. robi się to z ziemniaków, tuńczyka i jaj /jakby ktoś był bardzo ciekaw, podzielę się przepisem/. rodzina obwąchała, skosztowała, zasugerowała parę ewentualnych zmian i ogłosiła, ze ta PASZTETOWA jest całkiem dobra :)

poza tym - oni ciągle, ciągle, nieustannie, parę razy dziennie chcą jeść! już się boję, co to będzie jak Eli urośnie!a tak za 5-10 lat to już nawet nie chcę myśleć! bezdenne żarłoki! i jeszcze teraz pies.... ale on TYLKO 2 razy dziennie!

***

u sąsiadów malowanie. Vadim mało w domu obecny, więc głównie Natasza macha pędzlem. starsze dzieciaki jej pomogą, ale dwa urwipołcie /7 i 8/ mogą tylko napsuć krwi. a nawet na zewnątrz się nie mogą pobawić, bo przecież deszcz co chwila sobie leje, mimo świecącego słońca. więc popołudniami mam pełną chatę -  skaczą na trampolinie, co jakiś czas uciekając do domu, a jak sięjuż wszyscy porządnie zmęczą /i posprzątają po swoich szaleństwach/, to cała czwórka siada przed laptopem i oglądają bajki Disneya. warto było wejść w posiadanie takiej kolekcji ;)

***

Eliasz. Eli jest tak cudny, słodki, przytulasty i tłuściutki, że nie mogę się go napieścić i naprzytulać. całkiem mi odbiło na jego punkcie. z tego, co pamiętam, na punkcie każdego z moich dzieci mi po kolei odbijało, ale czy napewno AŻ TAK? a może to przychodzi z wiekiem? czterdziestka za rogiem, a jak to już ostatnie? to się trzeba nacieszyć, póki jest! bo potem dopiero wnuki /chociaż w moim przypadku, teoretycznie mogłyby być dość szybko ;)/. a Eli ma 2 ostre ząbki, niewinnie wyglądające ja ziarnka ryżu. głównie ciągle się cycamy, ale jakoś tak nagle zrobił sie strasznie głodny na wszystko inne. otwiera dziobek na widok każdego jedzenia i wbrew zaleceniom jakichśtam ekspertów daję mu dużo próbować. ot, takiego naszego jedzenia. i co gorsza - a fuj i konieć świata - z lekka mu czasem przeżuwam kąski, żeby się nadawały. ha! dzika jestem i barbarzyńska, no nie? a do tego śpię z nim, jak jakieś zwierzę w legowisku ze swoimi małymi. ha!

a prawda jest jeszcze gorsza. z nieużywanej sypialni zabrałam pojedyńcze łóżko /i to już nie jest sypialnia, tylko najprawdziwszy skład rzeczy rozmaitych/, i przeniosłam do naszej. dostawiłam do naszego podwójnego łoża i w ten sposób mamy łóżko trzyosobowe w teorii, a bardzo-wielo-osobowe w praktyce. jak na razie tylko Igor tam nie chce z nami spać... a o poranku można znaleźć tam, pośród kołder, kocyków, poduszek i pluszaków - i mame i tate i córeczki dwie i synka małego. czy to nie jest prawdziwe rodzinne gniazdo?

więc idę teraz przytulać sie do mojego małego Facecika i grzać miejsce dla reszty.

pa!

 
1 , 2