pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
wtorek, 29 kwietnia 2008
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
to była intensywna niedziela. mimo, że spędzona bardzo spokojnie :)

na niedzielne nabożeństwo postanowiliśmy pojechać do zaprzyjażnionej wspólnoty Amish-Mennonite /Amiszy-Mennonitów/ w Dunmore East.

jak to wygląda? jak tam jest? jak oni żyją? podejrzewam, że dla większości ludzi jedyne źródło informacji to zabawna piosenka "Amish Paradise".

"nasi" Amisze prowadzą niewielką stację benzynową, mają stolarnię i oczywiście farmy. na stacji, poza paliwem i innymi typowymi rzeczami, można znaleźć domowe ciasta i przetwory, sery, patchworki i sporo biblijnej literatury. w stolarni powstają meble ogrodowe, pergole, tarasy i inne rzeczy /jakie fajne karmniki dla ptaków! chcemy taki!/. Amisze prowadzą szkołę podstawową - przede wszystkim dla swoich dzieci, ale nie tylko.
kobiety noszą długie suknie i chusteczki na głowach. mężczyżni ciemne garnitury i białe koszule. zazwyczaj mają gromadkę dzieci i są niezwykle kochani!

po nabożeństwie /jak oni śpiewają! a capella oczywiście/, okazało sie, że wszyscy są zaproszeni na obiad. było przepysznie! Rutka bawiła się niezwykle dobrze - zerkałam tylko kontrolnie, czy widać gdzieś jej jasną główkę. a i my integrowaliśmy się w Amerykańsko-Irlandzko-Polskim towarzystwie.
po południu odwiedziliśmy dom jednej rodziny. starsi państwo, rodzice siedmiorga dzieci rozsianych po świecie. Liam jest naprawdę niezwykłym człowiekiem - historyk, pisarz, botanik i zielarz znający się na leczeniu. oprowadził nas po swoim ogrodzie - imponujący zbiór leczniczych drzew, krzewów i roślin. a opowiadał przy tym tak, że można było go długo słuchać. na pożegnanie dostaliśmy książki jego autorstwa - o celtyckich ogrodach drzewiastych i o hodowli pszczół.
i jeszcze tylko wpadaliśmy do przyjaciół po zapomniane książki i tak akoś nam się zeszło do wieczora...
to naprawdę była intensywna i owocna niedziela :)

do tego - Rutka dostała landrynkowy wózek dla lalek i jeździ niem po całym domu :) albo sama się domaga wożenia w nim :) oj, długo on nie posłuży.....


środa, 23 kwietnia 2008
chore dziecko? chore dziecko w nocy się budzi, bo gorączka, bo pić, bo boli, bo ogólnie jest źle i spać się nie da.

zdrowe dziecko? zdrowe dziecko nadrabia zaległości i wstaje o 4 na śniadanko. i nie jakąś cienką porcje mleczka, którą mama miała nadzieje się opędzić! pokręciła się po kuchni, otworzyła kosz na bio-odpadki, wyjeła długą obierkę z cukinii i powiedziała - niam-niam! czyli aktualny przebój żywieniowy Rutki - cukinia smażona w cieście. i nie ma, że dopiero 5 się zbliża.....

i jak ja i mój biedny brzuch mamy odpocząć? ajwaj...

wtorek, 22 kwietnia 2008
powiedzmy, że wczorajsza wyprawa do pubu była z okazji naszej drugiej rocznicy ślubu - jak się dowiedziałam - bawełnianej - cokolwiek to oznacza ;) no więc życzymy sobie wszystkiego coraz lepszego! a póki co - życie :-)

pamiętacie pub, o którym kiedyś pisałam?



byliśmy, posiedzieliśmy, zjedliśmy, wypiliśmy i nacieszyliśmy się niesamowitymi widokami. ten pub ma 300 lat! i atmosferę i wygląd nieporównywalne do niczego. szkoda pisać - trzeba zobaczyć! jak nas wreszcie odwiedzicie - koniecznie musimy się tam wybrać! i wtedy na pewno nie ja będę prowadzić!

a poniżej będzie "smaczek" z Jack Meade's Pub'u. ale potem ;)

15.08.08 :) nareszcie - uzupełnienie!

The Horse and Mare live 30 years,
And do not know of Wines & Beers.
The Goats and Sheep at 20 Die,
And never Taste Scotch or Rye.
The Cow drinks Water by the Ton
At 15 Life is almost Done.
The Dog at 14 years Packs in,
Without the Aid of Rum or Gin.
The modest Sober Bon Dry Hen
Lay Eggs for Years and Dies at 10.
But Sinful, Ginful, Rum Soaked Men
Survive till 3 Score years and Ten.
And some of us - The Mighty Few
Stay Pickled Till We're 92.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
po trzymiesięcznej przerwie, spodowanej niemocą wczesnociążową, wróciłam do Adult Education Centre na swój kurs angieskiego. i od razu dowiedziałam się, że za dwa tygodnie jest jakiś Bardzo Ważny i Wysoce Poważny EGZAMIN. i dostałam całą masę materiałów, ćwiczeń, testów i innych papierzysk. a że w głowie pustka, język skołowaciały i się conieco pozapominało - wszystkie inne atrakcyjne zajęcia idą kąt - nie ma szycia, zbędnego grzebania w necie i zbijania bąków - trza się uczyć!

i rozochocona porannym ciepłem, zabrałam zdrowiejącą córeczkę na spacer po mieście i włóczęgę po sklepach. było pięknie, słonecznie, wesoło i męcząco ;) żadnych specjalnych łupów nie upolowałyśmy - ot - letnią spódnicę dla mamy i śliczną! uroczą! torebeczkę* do tego i becząco-kwicząco-rżącą książeczkę o zwierzątkach dla Ruth. ale MM załatwił przy okazji parę spraw - które powoli się rozwijają i dojrzewają i jak Bóg da - rychło dojrzeją :)

a w wiosennej atmosferze wybieramy się jeszcze do pubu. zmęczona Rutka padła spać, Igor obiecuje sobie jakieś atrakcje filmowe, więc staruszkowie się urywają ;)

* i właśnie, ze będę jej używać, mój nieznający się na kolorach Mężu! ona wcale nie jest różowa! jest szaro-perłowa z lekkim odcieniem..... jeszcze Ci oko zbieleje!

 
1 , 2 , 3 , 4