pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
czwartek, 31 grudnia 2009



w tym roku już się nie zobaczymy.
do zobaczenia w przyszłym!
lepszego!
cieplejszego!
suchszego!
spokojniejszego!
dostatniejszego!
weselszego!
i jakiego tam sobie chcecie :)

środa, 30 grudnia 2009
irlandzka zima na razie dała sobie spokój i wszystko wróciło do normy.
leje i wieje i leje i wieje i leje....
najszarszy i najburszy listopad, jaki można sobie wyobrazić. trwa on przez większą cześć roku. przez pozostałą mamy kwiecień - często w jego najgorszej wersji...
ech.
tęsknię do zimy. zimnej, moźnej, wietrznej, śnieznej zimy. zima jest super! zimę można przetrwać, kiedy ma się w perspektywie wiosnę! a nie - listopad, listopad, kwiecień i znowu listopad...

cała moja energia się zużyła na akcję "przeprowadzka dziewczyn" i potem na świąteczne przygotowania. nie chce mi się nic robić. program minimum i opcja energooszczędna. jedyne, co jeszcze robię z zaangażowaniem, to szydełkowanie. zaliczam kolejne poziomy wtajemniczenia ;)

i tyle.
chciałoby się rzec - byle do wiosny!
ale... ekhm...

poniedziałek, 28 grudnia 2009
przytulaste mam dzieci. wszystkie TRZY!

Rutka lubi przed snem poprzytulać się do mnie.
Arielka już leży u siebie w łóżeczku, ona przytulała się podczas wciągania przedsennej butli z mleczkiem.
więc Ruti ma swoją porcję później. usadawia mi się na kolanach, z ulubioną podusią pod głową, każe się otulić kołdrą i tak sobie siedzimy kwadrans. czasem mam śpiewać, a czasem husiać /kołysać się/.

a dzisiaj:
- mamo, nie całuj mnie tak ciągle i ciągle. możesz przestać?
oj, wcale nie było ciągle i ciągle! parę cmoków raptem.

- mamo, nie trzymaj mnie tak długo. połóż mnie już!
no dobra, juuuż! już sobie w ogóle mogę iść.



niedziela, 27 grudnia 2009
nigdy więcej "świąt po irlandzku"
nigdy!

na świąteczny obiad zostaliśmy zaproszeni przez znajomą Irlandkę. właściwie, wolelibyśmy posiedzieć w domu, ale postanowiliśmy się jednak pointegrować. towarzystwo zapowiadało się egzotyczne a i perspektywa słynnego indyka była kusząca.
Irlandka ma męża Nigeryjczyka i dwie czekoladowe córeczki. pozostali goście to Anglik i Kenijka z córeczką. nasza jednokolorowa rodzina wyglądała wręcz nudno w tym towarzystwie...
ale!
byliśmy o czasie, a Gospodarze w proszku /ona/, lub nieobecni /on/. w domu sajgon, dzieci nieubrane, TV non-stop i mocno za głośno. kiedy Ona się ogarneła, a On odnalazł /przywitał się tylko z mężczyznami/, zaczęto przymierzać się do nakarmienia gości /2h od naszego przyjścia/. najwyższy czas! dorośli słaniali się z głodu a dzieci zdążyły zjeść wszystki dostępne żelki, czipsy i batony. Pani Domu uparcie nie chciała pomocy, mimo, że najwyraźniej nie ogarniała /dzieci ma w wieku moich/. krzeseł było za mało, Pan Domu naładował sobie na talerz afrykańskie specjały i wsuwał w kącie, a konwersację umilały nam pralka i suszarka /kuchnia i jadalnia w jednym/. obiad zimniuteńki. ziemniaki piuree, pierś z pieczonego indyka i brukselka z marchewką. zdesperowana zjadłam zimne, bardziej wybrednym Gospodarz na bieżąco odgrzewał w mikrofalówce. nie dostaliśmy nic do picia /poza wodą do obiadu/. na deser były świeżo wyjęte w pudełka tradycyjne mince pie.

skupiając się na pozytywach i całkiem miłej rozmowie, ulegając chwilowemu porywowi serca, głupio zaprosiliśmy gospodarzy na obiad na następny dzień /sobota/.

kiedy byli spóźnieni już godzinę, wysłałam smsa. oh! już jadą, dzieci spały. ledwie weszli, okazało się, że on musi jechać, bo komuś-coś i on musi. on w samochodzie, a ona w drzwiach naszego domu /otwartych/, jeszcze chwilę ustalali szczegóły transportowe. udało nam się wreszcie zjeść obiad. mimo, że jej młodsza /17 miesięcy/, darła się, wiła, kopała, rzucała i wrzeszczała. usneła /hę?!/, dopiero na spacerze w wózku. owszem, atmosfera zrobiła się znośniejsza. owszem, dało się wreszcie rozmawiać i to nawet dość miło.
ale nic już nie mogło uratować tego dnia.
a najpikantniejszym szczegółem był fakt, że nasz Gość, mimo słusznych rozmiarów, ubrał się w legginsy i kusą tunikę...


niech mi ktoś powie, że to wszystko, to nie jest irlandzka normalność... proszę...
czwartek, 24 grudnia 2009
kiedy spotkałam mojego Mistrza, aż mnie zatchneło.
głupia byłam, mimo, że nie jakaś wyjątkowo młoda. głupia, nieszczęśliwa, zagubiona, popaprana, obolała.
zatchneło mnie, olśniło, otuliło i ukoiło to, czego On nauczał. zrozumiałam świat, odnalazłam sens, wybaczyłam,  oczyściałam, zapomniałam.
zaczełam nowe życie.
weszłam na całkiem nową Drogę i zamierzam nią iść.
"Mistrzu. zostawiam za sobą wszystko. Twój Bóg jest moim Bogiem. Twój naród moim narodem. chce znać Twoją kulturę, Twoją tradycję, chcę pojąć mądrośc Twojego ludu"
dlatego zaczeliśmy celebrować święta żydowskie. dlatego odkrywamy żydowski charakter Ewangelii. dlatego szukamy, czytamy i pytamy.
żeby lepiej zrozumieć Nauczyciela. żeby być bliżej Niego. żeby lepiej zrozumieć samego Boga.
ale...
ale nie ma w całym kalendarzu, jak długi i szeroki, innej daty, którą można by nazwać "urodzinami" naszego Mesjasza. a zbyt ważne to wydarzenie, by wcale go nie świętować!
więc święto Narodzenia Zbawiciela też będziemy świętować.
wprawdzie kiedy wyrzuci się komercję i pozbędzie pogańskich wpływów - nie pozostaje zbyt wiele obajwów spektakularnego świętowania.
na razie - jesteśmy jakby 'pomiędzy'. trochę tak 'okrakiem'. niepewnie.
ale to minie.

a na razie...
okoliczności zmusiły nas do przyjęcia tutejszego harmonogramu Świąt. właściwie zaczną się jutro. dziś wieczorem tubylcy jeszcze piją przedświątecznie, więc MM pracuje. niestety - nie możemy sobie pozwolić na 'niepracowanie' Mojego Męża. ale za to jutro!
od rana Boże Narodzenie a od wieczora - Szabat!
więc poza "Wesołych Świąt!" życzymy Wam również "Szabat Szalom!
"



 
1 , 2 , 3 , 4