pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
poniedziałek, 24 lutego 2014

była kiedyś taka piosenka "Easy Like Sunday Morning" Lionela Richie, ale mojemu pokoleniu bardziej znana z wersji Faith No More. była i jest! zacny kawałek, miło się słucha. ale mniej więcej 50 razy w roku zastanawiam się, dlaczego nie ma piosenki "busy like monday morning" albo nawet "jestem wku*wiona w monday morning"...

tydzień ferii. jakże ja kocham ferie! nie trzeba wstawać rano i przez godzinę nerwowo popędzać całą ekipę! kocham ferie i wakacje i weekendy! lubie nawet miec wszystkie dzieci w domu, mimo, że się kłócą i bałaganią i ciągle czegoś chcą, dla utrudnienia - zazwyczaj niemożliwego i każde czegoś innego...

tydzień ferii. troje dzieci, dwa młode psy i trzy koty. weekend zaczynający i weekend kończący ferie zaakcentowaliśmy imprezami z przyjaciółmi. imprezy ze sleepoverem, jakżeby! jak się ma stado małoletnich dzieci i do tego mieszka za miastem, a chce się używek pozażywać, to trzeba sypiać na wyjeździe. lubię to! być gościem czy gospodarzem. szykować, przygotowywać, organizować. gościć i dbać i ogarniać. fajnie jest i gwarno i przyjaciele stają się bardziej swojscy, kiedy można zobaczyć ich przed poranną kawą, w piżamie i ze śpiochem w oku ;)

tydzień ferii się skończył. dzieciaki zadowolone z perspektywy spotkania się z przyjaciółmi. Ariel na przykład wyjątkowo - bo w piątek byliśmy u fryzjera i panienka ma króciótką fryzurkę. każde poranne czesanie to był ryk i dramat, więc ostatnie tygodnie upewniałąm się, czy aby na pewno chce obciąc włosy. chciała i oto!

ria

taka mała rodzinna sensacyjka. ale potrzebna! ostatnio wszyscy przeżywali urodzinowe kolczyki Rutki, więc doskonale się składa, że Arielka też ma swoje 5 minut.

dzisiejszy monday morning... dobrze, że jest słonce. ze wszystkich sił skupiam się na plusach dodatnich, ale plusy ujemne czasem dają w kość. na przykład w psim temacie. drugi pies to większe wyzwanie. pierwszego łatwiej czegokolwiek nauczyć, bo skupia się tylko na człowieku, drugi szczeniak jest zaabsorbowany i ciągle rozpraszany prze Sharon. dwa na spacerze to czyste szaleństwo, a na podwójne spacery nie mam czasu! chadzam z nimi pole, więc są ubłocone po uszy. Sharon stoi spokojnie, kiedy ją szlauchem myję, ale aż sobie stawy w prawej ręcę od tego załatwiłam. młody zimnej wody wię boi, więc go nie myję - maluje za to ubłoconym ogonem desenie na ścianach... ślady psich mleczaków są wszędzie i wydaje mi się, że każdy kawałek naszej okropnej wykładziny jest zasikany... mam plan na zaproszenie RugDoctora... tym się pocieszam.

a Atlas Chmur znajduję jako film absolutnie genialny. kamień milowy kinematografii, kubeł zimnej wody na społeczeństwo - na miarę Matrixa, mozaikę tak skomplikowaną i zawiłą, a równocześnie tak ważną, że trzeba to obejrzeć kilka razy. a skoro książka jest jeszcze lepsza, to już sobie na nią zęby ostrze!

poza tym martwie się światem, a konkretniej Ukrainą. całkiem jak w Atlasie Chmur - prawie dokładna powtórka z historii. czy tylko ja widzę, że to się rozwija podobnie do WWII? czy z tego nie będzie WWIII??

a z małych, dobrych wieści - Syn mi się zakochał! i staruszkom się bardzo podoba :) czyli wiosna!

 

środa, 19 lutego 2014

widzieliscie "Atlas Chmur"? jakie macie wrazenia, opinie, refleksje? o czym jest ten film?

bardzo jestem ciekawa Waszego zdania.

wtorek, 18 lutego 2014

jest, JEST! przyszła! czuje po miękkości posiwetrza, widze po kolorze nieba, czuje w smaku wiejskiego powietrza, słysze po tonach, w jakie wpadają pierzaste zasrańce. WIOSNA!

och, niech juz tak zostanie.

chce mi sie chodzić po świeżym powitrzu, łapać słońce w oczy i głęboko oddychać. chce wietrzyć dzieciaki i przyzwyczaić je znowu do życia na zewnątrz. chce mieć ciągle niezamknęte drzwi wejściowe. chce mi sie grzebac w ziemi, przorganizowywac kurnik, sprzatac wokol domu i robic wielkie ognisko z palmowych lisci i połamanych gałęzi. za psa sie chce zabrać, utemperować tę Czarną Dżumę, jak go dziś Igor nazwał, widzać co łotr napsocił będąc sam /z Sharon!/, w domu. 

impreza trój-urodzinowa zaliczona. dzieciaki zadowolone, goście ugoszczeni. after-party ciągneło się do dzisiejszego popołudnia :D najpierw rodzice Zuzanny u rodziców Rutki a potem odwrotnie. a teraz bedziemy odpoczywać - bo przecież mamy ferie!

sobota, 15 lutego 2014

srodowy huragan ponoc byl najmocniejszy. naprawde byl. takiego swistu/gwizdu/wypizgu nie slyszalam w życiu. ponoć wiatr był 140-160-180 km/h. u nas strat stosunkowo niewiele - tunel sie trwale odkształcil i wiatr mu przepiłował folie w paru miejscach. ale okolica! drzewa powalone na drogi, na domy, na słupy. latajace altanki, szopy i trampoliny. zaplatane malowniczo rynny. poległe ogrodzenia - nawet kamienne murki! oraz woda wszedzie.

pradu nie mielismy raptem 28 godzin. cóż tam prąd! mogłoby nawet być romantycznie. ale pompa nie dziala i woda pitna znika. jeszcze chwile jest w kranach woda z bojlera, ale tylko chwilkę! jest gaz, wiec można coś ugotowac - to jest sukces! ale w czym, kiedy nie ma jak pozmywać? no i nie ma jak spuścic wody w kibelku... w obliczu tych niedogodności 2 doby bez internetu to drobnostka.

w tych niesprzyjających okolicznościach przyrody skamienialo w nas postanowienie kupna generatora. na takie oto emergency sytuacje. zeby nie być tak koszmarnie uzależnionym od tego, co rząd/służby/dostawca zrobi albo nie zrobi. idea self-sufficient to jest to! a moze Zeus wiatrak zrobi? a moze pioruny bedzie łapał?

 

a dzisiaj byla pierwsza noc bez sików na podlodze w kuchni! brawo Ragnar!

a Arielce sie zaczął ruszać ząbek!

a jutro Rutkowo-Zuzkowo-Dawidowa <- kliknijcie i zobaczcie ten tercet siedem lat temu :)

lece, bo roboty mam huk!

sobota, 08 lutego 2014

ciagle nieustannie nie dajem sie zwiac wiatrowi ani utopic deszczowi. a obaj robia co moga! huragany i sztormy, deszcze takie, ze wam sie w Polsce w koszmarach nie snilo, grad pedzacy jak kule z pistoletu. woda stoi wszedzie. przyplyw pedzony wiatrem, uzbrojony w rozhustane fale wdziera sie do miast, podtapia domy, zalewa ulice, kruszy falochrony i nadmorskie promenady. ostrzezenia pogodowe oglaszane co drugi dzien nie robia juz wrazenia. tubylcy mowia, ze ostatnie 60 lat nie bylo czegos takiego! ale - skoro sie mialo lato stulecia, to i zima ma prawo sie popisywac...

a u nas tymczasem nadarzyla sie okazja do swietowania. pies nasz mial wczoraj drugie urodziny. z tej okazji calkiem spontanicznie znalazlam dla niej przyjaciela. ma jakies 3 miesiace, jest 3/4 owczarkiem, a 1/4 labladorem. czarny jak noc, z biala plamka na brodzie, znakiem na piersi i doslownie paroma bialymi wloskami na koncu ogona. i bedzie z niego naprawde kawal psa! nazywa sie Ragnar, jak zarzadzil Igor /i przekupil siostry, zeby zrezygnowaly ze swoich, jakze slodkich, propozycji/.

i tak oto znowu ktos sika na podloge ;) a jako ze male licho lgnie do mnie i lazi za mna krok w krok, oraz ze zazdrosna Sharon znajduje pocieszenie u Zeusa - tworzy sie swoisty podzial - moj pies i twoj pies ;) oglosilam wiec rywalizacje - ktory bedzie lepiej ulozony. tadam! kto sie zglasza na jury?

 
1 , 2