pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
poniedziałek, 28 lutego 2011
to był bardzo ciekawy i intensywny łikend.
albowiem do wspólnej platformy blogowej - z Tą Panią - dołączyła znajomość osobista. i przez dwa dni jedliśmy przy tym samym stole, myliśmy zęby w tej samej łazience i grzaliśmy nogi przy tym samym kominku. gadając przy tym na rozmaite tematy do nieprzyzwoicie późnych godzin...
czuję się bardzo... odświeżona? zainspirowana? zapłodniona? nowymi myślami, innym spojrzeniem, odmiennymi doświadczeniami.
naprawdę - WOW. tyle mam teraz tematów do rozmyślań! :)

przyznam się też, że ledwie żyję... i żeby nie było, że to przez naszych gości - to moje niskie ciśnienie mnie dobija, kawa mi śmierdzi a poduszka woła.
i katar mam do tego.
na szczęście smarki za tydzień przejdą.

;)
środa, 23 lutego 2011
Znachor Kormak bez wahania zaaplikował dziewczynom antybiotyk. znaczy to, że sprawa jest poważna. bo jest :( Ruti aż sama zdecydowała nie iść na swój ukochany chór. zdechlaki moje marudne dwa, kaszlaki gorące i smarkatki bezdenne. ale do łikendu będzie lepiej - tej wizji się mocno trzymamy!

mimo chorowania córki rosną :)
Ruth nauczyła się mówić RRRRR i można ją złapać na tym, jak w zabawie z lubością powtarza "gaRRRRnek, gaRRRnek, gaRRRnek" :) bo akurat gotowała obiad dla lalek :)
Ariel za to odkryła kredki jakiś czas temu i z zapałem maluje. robi to lepiej niż starsza siostra! z większym zapałem, dokładniej, sensownie dobiera kolory.
to niezwykłe, jak one są różne! opowieść godna osobnej notki.

ja się trzymam, nie mam wyjścia. chociaż z przyjemnością bym się zaszyła pod kołdrą na parę dni. pogoda też nie pomaga - mgliście i mżyście. a do tego ten bałagan w całym domu... tak, to jest wyjście! nakryć głowę kołdrą! ;)

ale.
wszystkie te choroby ciała są uleczalne.
ale jak uleczyć relacje międzyludzkie? jakaś dieta oczyszczająca? kuracja wstrząsowa? homeopatyczna wiara w działanie placebo? a jeśli nie da się uleczyć? mimo szczerych chęci. amputować?

wtorek, 22 lutego 2011
nawet własny mąż jest rozczarowany i pomrukuje niezadowolony, że na blogu cisza.
no bo cisza...
wirus jakiś podły łazi po nas i męczy. dziewczyny smarczą i kaszlą i zrzędzą i miewają niespodziewane uderzenia gorączki. każą się trzymać na rączkach i przytulać i kiziać po uszku i śpiewać piosenki. żeby nagle po 3 godzinnej drzemce wstać koło 20 i brykać niestrudzenie do 23.45...
Borsuk popija tutejsze wersje 'grypexów' i tuli do siebie termofor.
Młody milczy lub chrząka znacząco i nie chce jeść. albo znika mimo wszystko, bo ma ferie i można spać u kumpla i zarazić jego rodzinę, jeśli się jeszcze jakoś uchowali.
obawiam się, że nieustannie jestem zdrowa, a poranna niechęć do wstawania to wynik zmęczenia materiału. ale! dziś rano sobie nieśmiało zakaszlałam i ja!

w międzyczasie rozmawiamy.

czy jednak myśleć o Polsce, czy może o Czechach? ponoć jest lepiej, a na pewno może być śmieszniej ;)
bo mimo wszystko Europa kontynentalna wzywa, a zwłaszcza jej słowiańska część.

o kondycji chrześcijaństwa, o tym, jak daleko 'odjechało' od tego, co Jeszua nauczał, o politycznych i pogańskich oszołomach na soborze nicejskim, o niezrozumieniu i utracie kontaktu z korzeniami /żydowskimi!/, o manipulacji i socjotechnice w kreowaniu' religii.

o elektrowniach wiatrowych i możliwości posiadania takiej na potrzeby własnego domu. o tym własnym domu - czy może ze słomobali i gliny czy z worków z kruszywem? a czy solar na dachu też? a wystarczy energii na ogrzewanie podłogowe? no ale przecież tutaj nie mamy najmniejszych szans na zbudowanie takiego domu. więc gdzie? i koło się zamyka i wracamy do początku dyskusji...

o studiowaniu przez internet. e-learning po polsku albo i po angielsku. o skuteczności i sensowności. macie jakieś doświadczenia i opinie?

o bierniku /kogo? co?/ - że podczas odmiany zmieniają się rzeczowniki żywotne i żeńskie /siostrę, matkę, dziewczynę i czapkę, książkę, owcę. ale już dom, samochód, humor. no ale przyjaciela, tatę, szwagra/. i że czasem biernik jest taki sam jak dopełniacz, a czasem jak mianownik. niezwykły jest ten polski język! i czasem przerażający ;) coraz mądrzejsza się robię dzieki tej stronie

a poza tym wiosna! trzeba wykrzesać z siebie jakąś nadwyżkę energii i się wziąć!....

środa, 16 lutego 2011
o świecie piękny :)
objadłam się smakołyków jak dzika i obśmiałam się jak norka.


Joyce zarządziła, że jedzenie na być okrągłe. lub koliste, jak kto woli. myślałam, że skoro to "szkolny lunch" to dzieciaki będą obliczać promień pizzy albo obwód sheperd pie - ale nie :)
i jaki ta Joyce umie robić genialny deser! chyba tarta, z masą z masła orzechowego i budyniopodobnym kremem i zapieczoną pianą z białek na wierzchu - absolutnie obłędne. muszę się nauczyć to cudo robić.

potem były gry i zabawy towarzyskie. dla dorosłych, bo dzieciakom wystarczy ich własne towarzystwo, kawał błotnistej trawy i parę piłek.

nie mam pojęcia, jak się zabawa nazywa - ale prosta jest jak drut i uciechy z niej jest masa :D:D:D
siadamy w okręgu. imię każdego uczestnika zapisujemy na karteczce. każdy losuje jedno imię /nie ma problemu, jeśli ma swoje/. odliczamy co druga osobę i oznaczamy połowę na przykład spinaczem do prania. i teraz - ktoś zaczyna - wywołuje czyjeś imię. wstać ma posiadacz kartki z tym imieniem. jeśli jest z tej samej ekipy /spinaczowej lub bezspinaczowej/, wywołują dalej. jeśli trafią na przeciwnika, team siada i wywoływac zaczyna druga ekipa. nie jest łatwo zapamiętać, kto jakie chwilowo nosi imię! wygrywa ta grupa, która wywoła wszystkich swoich członków. ni wiem, czy jasno to tlumaczę - ale było rewelacyjnie :D świetna zabawa dla większej grupy :)

ech. jak się ma takie "plemię", ciężko sobie wyobrazić życie bez niego. ale z drugiej strony - to nie jest cały świat.
czy jest możliwe zbudowanie takiego - choć trochę podobnego - 'plemienia' w Polsce? a moze istnieją? wiem o zaczątku jednego...
wtorek, 15 lutego 2011
był łikend, była próba wycieczki nad morze, byli goście, był wieczór kinowy. czyli dobrze.
w poniedziałek był kidZone, spotkanie ze Znachorem Kormakiem /Ruti zapalenia ucha/, ważne spotkanie z ważnymi ludźmi. czyli też dobrze.
dziś miałam u siebie imprezę pod tytułem "szycie", jutro wspólny lunch w Kościele - czyli zapowiada sie wesoło.
w czwartek mamy zazwyczaj Bible Study, a po południu 'szoping' /albo przed południem/. piątkowy wieczór -oczywiście szabatowo- ale i gościnnie będzie i rozrywkowo /osadnicy z katanu/. w niedziele jakiś kinderbal się szykuje.

czyli ciągle coś. i międzyczasie też jeszcze coś. nie usycham zatem towarzysko ;) ale z tą przyjaciółką ciągle aktualne.


co jakiś czas wraca temat jak bumerang.
co dalej? myśleć o zostaniu tutaj na resztę życia? i ciągle żyć w cudzych domach? ceny nieruchomości zabijają, robimy się za starzy na kredyt. nie oszukujmy się - lepiej to już było.
a może myślec o jakimś innym miejscu? może jednak o Polsce? parę pomysłów mamy, ale czy one są możliwe do zrealizowania? czy stać nas na to? ale jeśli nie zdecydujemy się na coś radykalnego - czeka nas tylko trwanie w IRL.
trwać bez nadziei na lepszą przyszłość tu, czy ryzykować i walczyć w PL?
owszem - jest coś, czego nie ma w PL - to całe Amiszewo i niezwykłość atmosfery tam. ale czy to jest najniezbędniejsze i niezastępowalne?
a może by tak?
kupić stary dom do remontu, z dużym kawałem ziemi. wyremontować go, rozbudować. Borsuk by mógł uczyć angielskiego /uprawnienia by mógł tutaj zrobić//, ja bym kursowała z kursantami /licencja ciągle ważna/. a na 'hektarach' - bo ja wiem? żeń-szeń uprawiać, albo daniele hodować, albo sumy afrykańskie, parę pokoi na agroturystykę przy okazji, może jakieś rękodzieło...
no COŚ musi się w tej Polsce dać zrobić! chociaż końcówka tego artykułu nie podnosi na duchu :(
 
1 , 2 , 3