pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
sobota, 27 lutego 2010
miejsce to samo co w ubiegła sobotę.
bo fajne jest.
mniej ludzi niż w Dunmore East, mniej wieje niż w Tramore, a za to kamyki, muszelki, piasek, mewy i całkiem blisko do duzego parkingu.

a poza tym, sami rozumiecie.....


musiałam wypróbować moje nowe kalosze!
pierwsze od czasów dzieciństwa!



matka brodząca :)

przesmyk, po drugiej stroni widać pagórki na cyplu tramorskiej plaży



wszyscy się świetnie bawili :)



no! nareszcie to jakoś wygląda!


pisanie na piasku :)


Rutka - pomocnik Taty. udeptywała.


a kiedy właścicielka się upomiała o łopatę, Tata kontynuował zabawę kopiąc kamieniem.
no muszę! muszę mu kupić jego własną łopatkę do piasku :D:D:D


groźba deszczu wisiała nad nami coraz realniej, więc trzeba było się zbierać. bardzo już zmęczoną Ariel wsadziłam sobie na barana i powoli szliśmy z powrotem.
- zobacz! - wołam do mamy - to jest jeden z tych gliniastych dołków. musisz na nie uważać! można się w nie zapaść, a ta glina okropnie się lepi.
i pokazowo oraz pewnie stanełam na jedno taki gliniaste miejsce...
fizycznie moje serce zostało w tym samym miejscu i nagle znajdowało się w gardle. zapadłam się w ten cholerny dołek po kolano! a na plecach miałam Ariel!! teraz już wiem, jak zdarzają się te nagłe zaginięcia wędkarzy w tych okolicach. sama z tego dołka bym tak łatwo nie wylazła, a wpadłam tylko jedną nogą! mama utoneła po kostki, chcąc mnie ratować. pułapka była całkiem rozległa! Tomek przekazał Arielkę babci, a sam mnie wyciągnął.


nieźle, co?!

groziło mi, że będę wracała w bagażniku :D
ale ze skarpy ciurkała sobie jakaś woda. to nic, że cuchneła bagnem. pasowałyśmy do siebie ;)



ależ biała jestem! cóż, taka rasa ;)

- gdyby nie kalosze, gorzej byś z tego wyszła - pocieszała moja mama.
- gdym nie miała kaloszy, w życiu by mi strzeliło do głowy włazić w ten dołek!

- tjaaa - podbudował mnie MM - dać małpie brzytwę....



oto, co miałam mu do powiedzenia!


:) ha! ale przygoda!

środa, 24 lutego 2010
dzielny!
dzielny Tata, zabrał dzisiaj Rutkę i pojechał z nią aż do dalekiego Dublina. sam-jeden Tata i sama-jedna Córeczka!
dzielna Rutka! grzeczna była i rozsądna. tyle godzin bez mamy!
ale za to!
przywieźli nam Babcię!
wytęsknioną i ukochaną, najlepszą ze wszystkich na swiecie!
Babcię! niby rencistkę, ale społeczniczkę i aktywistkę, działaczkę i załatwiaczke ;) z trudem udało się jej wykroić 2 tygodnie dla nas :)
cieszymy się tym bardziej i delektować będziemy się tym intensywniej.
oczywiście, ze NAJBARDZIEJ cieszymy się z Babci.
ale wraz z nia, przyjechała wielka torba...
emigranci wiedzą, co to znaczy!!
skarby z Polski!
książki! książki!
na różne, interesujące nas tematy. psi temat - 6 pozycji. szydełko - 4. oraz inne - ale na razie się nie przyznam ;)
książki, trochę gazet. smakołyki, zabawki. płyty.
no i coś wyjątkowego.
moje marzenie!
kalosze.
damskie kalosze.
w rozmiarze 42!
być może nikt mnie nie rozumie ;)
są piękne! wygodne! i nieprzemakalne!


niewiarygodne!
chyba się ucieszę na deszcz :D

wtorek, 23 lutego 2010
taaa...
świat ma naprawdę powazne problemy, a ja się użalam nad sobą. i zaśmiecam internet swoimi żałosnymi wypocinami.
etam.
no bo.
przecież ja kocham swoja pracę!
chyba by mi serce pękło, gdybym musiała ją zostawić w obcych rękach i nagle robić coś innego.
a nawet gdyby to 'coś innego' było początkowo ciekawe i ekscytujace - to przecież i tam by się pojawiła rutyna i zmęczenie.
przecież mam najodpowiedzialniejszy zawód na świecie!
najtrudniejszy!
ale i najbardziej dowartościowujacy!
czyż nie?

nic to, że nie płacą.
tylko czasem nadgodzin za dużo.
i łikend by się przydał jakis.
ot, i tyle.
niedziela, 21 lutego 2010
próbuję chodzić po domu z zamkniętymi  oczami.
niełatwo.
konfiguracja wszystkiego zmienia się zbyt szybko.

właściwie jakbym się trochę bardziej zmobilizowała, to bym mogła!
jakbym wstała wcześniej, to bym zdążyła!
jakbym się szybciej ruszała, to bym dała radę!
jakbym nie chodziła z pustymi rękami, tylko za każdym razem mimochodem coś odniosła na miejsce...
jakbym się przeszła z miotaczem przez cały ten pierdzielnik, ugh! alez by sie zajefajnie hajcowało!!


przewidywalność i powtarzalność wszystkiego mnie dobija.

jeszcze jedna pralka pełna brudów. jeszcze jeden zlew pełen garów. jeszcze raz stado pustych brzuchów do zapełnienia. jeszcze jeden spacer tymi samymi ścieżkami.
od  rana - otwarcie oczu i od razu Ariel do mycia - coporanna kupa na miły początek dnia. ta sama dyskusja z Rutką, ze trzeba się ubrać, najpierw majtki, potem rajstopy! stała zmienna - co dziś na śniadanko. moze to a moze tamto a moze jednak jajo sadzone? moja herbata pita w międzyczasie i jakieś śniadanie jedzone ukradkiem. fotel bujany przed kompa dla dziewczyn i coporanne 3 bajki - a ja tradycyjnie lecę pod prysznic. oczywiście - uchylone drzwi i czujne ucho. bo dla urozmaicenia jakaś walka między dziewczynami i wykatapultowana a mokra muszę interweniować. jak pogoda - jakiś spacer. ale jak zwyczajna obrzydliwość na dworze - jak zwykle bawimy się w domu. i jak zwykle masa możliwości - klocków budowanie, książek czytanie, kuchni demolowanie, namiotów stawianie, pisanie, klejnie, cięcie i kłócenie się co jakiś czas. lub dla odmiany coś innego z szerokiego repertuaru zabaw domowych. moze składanie prania? o! pamiętam te gatki z poprzedniego cyklu. dla urozmaicenia poskładam je tym razem inaczej. zmywanie? tym razem talerze nie według wielkości ułożę na suszarce, a kolorami. a kubki ucho w lewo zwrot! zasikanymi pampersami pogamy w nogę. o goool! ale i tak trzeba się schylić i je wrzucić do kosza. bęc! pudło. i szybko wiejmy z pralni, bo bałagan tamtejszy wzywa poczucie obowiązku. a za nim pędzi poczucie winy. bo jak zwykle olewam zabałaganione kątki i siadam z kawą pod kaloryferem. jak zwykle ledwie uda mi się cokolwiek przeczytać albo dziergnąć jakieś dwa głupie słupki. ale tradycyjnie - zapieram się i walczę do upadłego, zeby chociaż kawę wypić za jednym, nieprzerwanym posiedzeniem. ale sposobów na gwaratowane przerwanie matce pozornej chwili relaksu mamy całe kopy! można sobie paluszki przytrzasnąć. można chcieć siku. albo kapeć spadł z nogi, więc wrzucę go za sofę a bez kapcia chodzić się da!! i pozostaje jeszcze 57 innych pomysłów...
a to dopiero 10, no, może 11 rano.

kocham to moje 3K.
no pewnie, że tak!
ale nieustannie mam miejsce w sercu i potrzebę w głowie na coś jeszcze.

coś jeszcze!!
bo zwariuję!
sobota, 20 lutego 2010
brodzenie i chlapanie.
nieudane próby zasypania morza.
kopanie dołów i zbieranie wszystkiego.
studiowanie glonów i szukanie krabów.
zimno, choć słonecznie. i bezchmurnie!






wszystko pod czujnym okiem PRAWIE fidela castro

PRAWIE - robi wielką różnicę :)


fidel czy nie - warto spróbować obrzucania błotem :)

Igor w tym czasie zbierał piątki w polskiej szkole :)
 
1 , 2 , 3