pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
piątek, 27 lutego 2009
mam dylemat.
szarpią mną sprzeczne uczucia.
to się chyba mądrze nazywa ambiwalencja.

bo naprawdę-naprawdę - chcę karmić Ariel piersią. najchętniej jak najdłużej. może nie aż tak długo jak Igora /2,5 roku/, ale raczej dłużej niż Ruth /10 miesięcy/.
ale chyba się nie da.
Arielka - podobnie jak jej siostra - rzuciła się na prawdziwe jedzenie z niepohamowanym entuzjazmem. ona chce konkretów! mamę spija nieregularnie, czasem więcej, czasem mniej, czasem tak, czasem nie. a to wiadomo czym grozi - posuchą!
poza tym - z coraz większą obawą ją karmię. ona gryzie! gryzie okropnie! moje kwiki traktuje jak zabawę, ratunkowe wtykanie palca między dziąsła to musztarda po obiedzie, czasem nawet w desperacji daję jej pstryka w ucho - żeby wreszcie przestała!
obawiam się też, zeby nie było jak z Rutką swego czasu - pić z butelki nie umiała, z kubeczka też nie, jadła dużo prawdziwego jedzenia, a mleko przemycałam nocą, żeby się czegokolwiek napiła. nauka obsługi silikonowego cycka trawała prawie miesiąc i kosztowała nas sporo nerwów.

pocieszam się, że jeśli przestanę ją karmić piersią, to zyskam trochę więcej swobody, MM będzie mógł czasem zostać z dziewczynami a ja będę mogła się gdzieś urwać... /tylko gdzie?!/ no i zaaplikuję sobie dietę oczyszczająca, ograniczę jedzenie i skutkiem tego schudnę pięknie -  prawda? no i kupię sobie całą masę ponętnych i fikuśnych biustonoszy, no nie, Mężu?
mówię sobie, że i tak długo ją karmię, najważniejszy i najtrudnieszy początek już za nami. a jak na irlandzkie warunki to jestem i dziwadło i bohaterka.
tłumaczę sobie, że przecież sztuczne mleko to nic złego, całe pokolenia na nim jakoś wyrosły i dobrze się mają, są tabuny dzieciaków które w życiu nie widziały cycka na oczy! takiego jadalnego cycka.
powtarzam sobie, że jeśli to zrobię, to wcale nie jestem zimną, wyrodną matką. że niezależnie od mlekopoju kocham Ariel tak samo i ona tak samo kochana się czuje, że butelka to przecież nic złego...

buuu... niech mnie ktoś przytuli...
chciałabym. i boję się. i nie da się.
buuu...
czwartek, 26 lutego 2009
nie mam czasu rano wziąć prysznica. raczej biorę go wieczorem, chyba że padam na pysk albo dziewczyny mają ciężki wieczór. więc zazwyczaj o poranku wyganiam "zapachy spod pachy" i jest ok.

nie mam czasu się ubrać. nasze poranne skowronki od samego przebudzenia świergolą, MM śpi po pracy, więc muszę szybko opuścić sypialnię. zgarniam zatem dwie dziewczynki, ubrania dla nich, smoczki w kieszeń szlafroka, kocyk, misio, butelka po kaszce - i ostrożnie schodzę ze schodów. tradycją stało się, ze rano znoszę i Ruth i Ariel na rękach. jeśli dobrze się ułożą poranne wydarzenia - zanim Igor wyjdzie do szkoły - uda mi się wyrwać na chwilę na górę, ogarnąć w łazience, uczesać /chusteczka rulezzz!/ i ubrać. jeśli nie - poranek w szlafroku. ale nie bez dumy przyznam - rzadko :)

nie mam czasu zjeść śniadania. Rutka od chwili otwarcia oczu zaczyna swoje "-mama, niam-niam. mama, niam-niam" - czyli - śniadanko! a poranny rytuał to - przebrać Rutkę i ubrać Rutkę, przebrać Ariel i ubrać Ariel, małą na chwilę odłożyć, większą wsadzić do krzesełka i dać śniadanko, mniejszą podłączyć do cycka, większą wyjąć z krzesełka, wytrzeć ją i okolice, mniejszą potrzymać, zeby się odbiło, wsadzić do krzesełka, i wreszcie zacząć robić sobie śniadanie. jeśli nic się nie wydarzy. a COŚ zazwyczaj się wydarza, jak tylko zacznę jeść, więc zwlekam. wreszcie czuję, że COŚ już jest, biorę wiec Rutkę na górę, myję i przebieram, wracam na dół. w tym czasie Ariel dojrzała do swojego solidnego śniadanka - robię więc coś dla niej. odgrzewam kawę w mikrofalówce i między łyżeczkami kaszki próbuję zjeść swoje śniadanie. jak się dobrze zepnę, to i rzucę okiem na wiadomości w necie! ale tylko nagłówki. po śniadanku Ariel wymaga umycia a czasem i przebrania. dokańczam śniadanie. sprzątam chlewik, który nie wiadomo skąd się wziął. Ruti mniej lub bardziej samodzielnie się bawi. Ariel jest gotowa do pierwszej drzemki. jest 10.30. już 3-4 godziny dnia za nami!

nie mam czasu - szkoda marnować tak piękny dzień! więc marudzącą już Ariel ubieram i pakuję do wózka. łapię Rutkę /taka faza - uciekanie i chowanie/, ubieram i pakuję do wózka. do spacerowej torby dopakowuję parę drobiazgów - coś do picia, jakaś przekąska w genialnym kubeczku, mój telefon /reszta niezbędnych rzeczy jest tam ciągle/, dorzucam do wózka kocyki na wszelki wypadek i chustę oraz aktualnie ulubioną zabawkę i możemy lecieć! gdzie? to zależy od dnia tygodnia :)

nie mam czasu po powrocie - Ariel się obudziła po drodze i chce jeść. Ruth też chce jeść a do tego nadeszła pora na jej drzemkę. zazwyczaj mamy już w pogotowiu wyspanego Tatę - on nadzoruje drugie śniadanko i kładzie Rutkę spać. a jak nie mamy Taty - to miotam się jak szalona...
nie mam czasu - Rutka śpi, najedzona Ariel się bawi - tyle rzeczy można/trzeba/powinnam/chciałabym zrobić! ugotować większą ilość zupy na dwa dni, poćwiczyć i się pogimnastykować, posłuchać kazania z tłumaczeniem /poniedziałkowa tradycja - CD z niedzielnym kazaniem do kompa i MM jako translator/, usiąść do maszyny do szycia, pouczyć się angielskiego, wyjąć ogódkowe narzędzia i posiać jakieś roślinki, posprzątać jakieś zakamarki lub moze umyć okna? więc staram się robić to wszystko na raz, w międzyczasie karmiąc Ariel i usypiając ją.

mam czas! jedna jeszcze śpi a druga już śpi! hurrra! ale... Rutka właśnie się obudziła :) ubrać, nakarmić i oto do starszej siostry dołącza młodsza - oczywiście zasikana po uszy i głodna!

nie ma czasu - trzeba się bawić, czytać książeczki, pomagać mamie w każdej robocie za jaką się bierze, psocić i rozrabiać. w międzyczasie przychodzi Igor ze szkoły, znak, ze trzeba siadać do obiadu.

nie mam czasu - zaganiam chłopaków do pomocy, nadzoruję dziewczyny, koordynuję przygotowania i zapewne coś robię przy okazji. nie wiem co - zawsze coś się znajdzie. obiad jemy wszyscy. potem dzieciaki dostają jakiś deser, dorośli piją herbatę. i okazuje się, że to już wieczór! pora kłaść panny spać. przebieranie w pidżamki, większe mycie co jakiś czas, ale cowieczorne skakanie po łóżku - obowiązkowo! Rutka robi "opa-opa!" a Ariel cieszy się całą sobą i wierzga nogami - rodzicielskie łóżko mamy zaplute, skotłowane i zryte. kiedy przychodzi pora na koniec - MM kładzie Rutkę spać a potem kładzie samego siebie na drzemkę przed pracą. w tym czasie ja na dole kładę Ariel.

mam czas! moja własna, osobista, święta godzina! nie myślę o garach w zlewie, zabawkach na podłodze, paprochach i okruchach wszędzie, nie myślę o konieczności wyjęcia prania, wsadzenia prania, powieszenia prania, zdjęcia prania lub poskładania prania. nie myśle o żadnym realnym zajęciu - nawet o tych hobbystycznych i atrakcyjnych. siadam do kompa, popijam herbatkę, podczytuję to i owo no i piszę notkę na bloga :)
co też właśnie uczyniłam :)
ha!
wtorek, 24 lutego 2009
przeprowadzamy się!
no i co Wy na to?
.
.
.
.
żartowałam. tylko trochę.
z powodu korzyści finansowych oraz z powodu jakości customer service'u, porzuciliśmy dotychczasowego operatora komórkowego -Meteor- i przenieśliśmy się do -Tree-
i to naprawdę jest przeprowadzka! bo obydwoje dostaliśmy nowe-odlotowe wypasiaste-zarąbiaste przenowocześnione-nagadżecione telefony. jeszcze nie umiem z niego zadzwonić. ale odebrać już tak! :) sukcesss!

no i udało mi się przenieść mój ulubiony sygnał nadejścia połączenia /dzięki, Pasza!/ :) no bo przecież nie dzwonek!
genialna, urzekająca piosenka:
poniedziałek, 23 lutego 2009
aktualizacja połikendowa:
zębów jest dwóch!
ale, żeby nie było tak normalnie, drugi jest u góry. więc mamy dwie lewe jedynki. skutkiem czego najnowsze imię dla najmłodszego dziecka to Kasownik. pasażerowie PKP z mojego pokolenia i starsi wiedzą dlaczego. a młodsi niech sobie poguglają.
imię pasuje a ząbki się nadaja. zagadka - co jest najczęściej "kasowane"? odpowiedzi prosze umieszczać w komentarzach.

***

w poniedziałki zazwyczaj dochodzimy do siebie. dochodzimy po niedzieli. zazwyczaj dzieje się dużo, momo, że własciwie nic. no bo cóż - wczoraj na przykład mieliśmy gości na obiedzie - Eda i Lois Yoderów, z dziećmi. dzieci takie spore - trzech chłopaków między 16 a 19 i Mary Jo - 13. obiad dla 9 dorosłych osób - phi! równoczesne ogarnięcie swoich dwóch drobiazgów - phi! w ogóle dla mnie takie wyzwania to phi! ;) spotkanie się udało, nakarmieni goscie pojechali do domu a nam ani nie chciało się sprzątać ani siedzieć w tym bałaganie. wprosiliśmy się zatem do przyjaciół, zanęcając ich makowcem i drożdżówkami. ufff, chwyciło... :)

***

prawdą okazała się informacja, że w Leisure Zone, na hasło "Bumps'n'Babes", w poniedziałki i piątki jest gratka - mama wchodzi za 4e /w tym kawa lub herbata/, a dowolna, posiadana przez mamę ilość dzieci wchodzi za darmo. dwie godziny szaleństwa! przy takiej polityce opłaca się mieć więcej dzieci :)
byłyśmy. Ruti zachwycona, Ariel też, aczkolwiek mniej :) basen z piłeczkami, jakieś wymyślne, wielopoziomowe konstrukcje - ścieżka zdrowia, małpi gaj i tor przeszkód, zwieńczone wielkimi zjeżdżalniami. jak dla mnie - bomba! no i nowość poniekąd - kiedy Igor był młodszy, AŻ takich atrakcji nie było. starsza córka się wyszalała, wybiegała, nakrzyczała, aż opadła z sił. młodszej głowa kręciła się nieustannie i "oczki jak guziczki" nie wiedziały na co się patrzeć. po powrocie obydwie padły spać na-tych-miast. tak naprawdę, to Ariel po drodze :)
ha! w piątek idziemy znowu :)

***

nasz prawie-Hiszpan wrócił z wizytowania Galway. jutro ma spotkanie w sprawie pracy w jedne jz waterfordzkich firm. wygląda na to, że mamy sublokatora...
nie myśleliśmy o tym, nie planowaliśmy mieszkac z kimś. nieno-nieno - mamy dość asertywności i sytuacja jest pod kontrolą. ale wiecie, jak to jest. inaczej traktujesz gościa - nawet tygodniowego. więcej mu wolno i mniej się wymaga, przymyka się oko i jakoś znosi różne drobiazgi. inaczej jest, kiedy wprowadza się sublokator i od początku zasady są jasne. a teraz musimy dyplomatycznie zmienić Hiszpanowi status - z gościa na współlokatora. a stare Freye z wiekiem stają się bardziej wymagające... i upierdliwsze... ;)
czwartek, 19 lutego 2009
no i mamy zęba!
nareszcie!
ledwo się wykluł, ledwo przebił dziąsło - ale jest :)
zmobilizowała go ta wiosna dookoła :)
tak, wiosna. w Irlandii. w Polsce zima na całego.

poza zębem mamy jeszcze katar. specjalny - amerykański. albo dokłdniej - amerykańsko-irlandzki. nabyty od dzieciaków Ruth, ale z pięknego, zielonego, irlandzkiego wirusa. taaa...

w związku z tym - głębszych przemyśleń brak. nocka w kratkę, długi spacer z placem zabaw, codzienne dreptanie, zieeew... ide spać. na-tych-miast!

ps: zielono i wiosennie - kiełkują mi różne roślinki jak szalone! bób, pomidory, cukinia, rzodkiewki! tylko szczypiorek zwleka. skończyła mi się ziemia, kończy mi się miejsce, a tu czekają wiaderka i tyle nasionek!
 
1 , 2 , 3 , 4