pokrętna i zaskakująca DROGA - od mieszczucha do pastucha, od menagera do farmera, od ewangelika do agnostyka, od statysty do anarchisty, a w ogóle to stamtąd tu.
O autorze
Zakładki:
Inspiracje craftowe
Inspiracje kuchenne
Lokalnie
Lubię i czytam
Podróże, przygody, przyszłość!
Szablon - zawsze od...
Zakladka niezbedna do przetrwania

Locations of visitors to this page
wtorek, 29 stycznia 2013

no jednak zyjemy. jeszcze. chociaz mialam taki jeden wieczor, ze zamierzalam sie utopic. ale jednak nie. moze nie tym razem.

poziomy deszcz! haha. wszyscy sie ekscytuja irlandzkim, poziomym deszczem. a co powiedzie na deszcz, ktory boli? boli przez jeansy i proboje wybic oczy! a wiatr przestawia dorosle osoby, miota trampolina i paletami. o przeogromnych kaluzach i podtopieniach nie wspominajac. te atrakcje trwaja z 5 dni a jutro ma byc najgorzej. w tych przesympatycznych okolicznosciach pogody staramy sie prowadzic rozsadne rozmowy na temat naszej przyszlosci, ale kleska! wszystko zaczyna wygladac lepiej - splajtowana Grecja, dzika Turcja a moze nawet Emiraty Arabskie! przez ta szpare w burce widac przeciez troche slonca!

jakis Blue Monday byl niedawno? no to tutaj zakotwiczyl na dobre. caly, cholera, Blue Week ciagnacy sie miesiacami.

a do tego moj pies, owczarek niemiecki, bydle czterdziestokilowe, nie chcial zrec juz od jakiegos czasu. moze inne miesko, moze nie ryz a owsianka, moze jednak syf z puszki czy plastikowe chrupeczki? nie.

dzis zjadla. JAK JA LYZKA KARMILAM. no to ja wysiadam...

piątek, 25 stycznia 2013

Jesli po likendzie nie zobaczycie tutaj jakiejs notki, znaczy, ze nas zalalo, zatopilo, zapadalo na smierc i tylko nasze wzdete zwloki unosza sie na powierzchni blotnistych kaluz. Tak leje, ze to jest jakas masakryczna masakra. Serio.

 

Ech.

mam w domu pełnowymiarową choć zdecydowanie szczerbatą SZEŚCIOLATKĘ.

ktoś może mi to wytłumaczyć, jak to się stało? i dlaczego tak nagle-szybko-wtem? przecież nie dawniej jak wczoraj...

cztero-i-pół latka pomogla mi w porannych celebracjach, po czym popadła w zazdrosną złość. wiec natychmiast przypomniałam sobie, że ustanowiono nowe święto - Dzień Młodszej Siostry. tak się szczęśliwie składa, że wypada jutro ;)

analogicznie - Dzień Starszej Siostry będziemy obchodzić też 'dnia następnego' :)

 

poza tym - ponoć wiosna w powietrzu. też to wróżę - z psiej sierści gęsniejącej po kątach. ale na razie mrozek, przymrozek właściwie. szron o poranku, samochód alarmuje, że risk of ice, rękawiczki się przydają. a w domu! a w domu mamy ciepło! jak sobie przypomne poprzednie zimy, z nędznym i żarłocznym ogrzewaniem elektrycznym, brrr. kocham nasz piecyk. ciekawe, czy sie z nami przeprowadzi...

no, ale nie o tym miało być.

najlepszego, najweselszego, najszcześliwszego, moja cudna, kochana, delikatna Rutko. kocham Cię niewyobrażalnie! :)

wtorek, 22 stycznia 2013

marzen, planow, wizji i utopii z rzeczywistoscia.

rok temu mniej wiecej i tej porze bylo podobnie.

pamietacie, te marzenia o self-sufficient, kurach, mieszkaniu na wsi, wlasnych uprawach i ekologii - ze towarzysza nam od lat. jakis czas temu wydawac by sie moglo, ze marzenia zaczynaja sie realizowac. tunel foliowy ma nowe pokrycie. kury mieszkaja w eleganckim vanie przerobionym na kurnik. wybieg maja calkiem duzy, ale i tak wedrują wszędzie. psa mamy, wielki, piękny i mądry owczarek niemiecki. kawal pola czeka, zeby go obsiac czym sobie tylko zamarzymy. najwieksza trampolina na ogromnym trawniku czeka na radosne szaleństwa naszej ekipy. ta-dam!

a rzeczywistosc? dojazdy do szkoly i na uczelnie pozeraja jakies niebotyczne kwoty rocznie. a setki miesiecznie. zeby pies mogl radosnie hasać, trzeba by ogrodzić posesje. landlord nie chce, nas nie stać. kurzy wybieg wprawdzie ogrodzony, ale tanio/prowizorycznie przez co chwiejnie i czy to nadmorski wietrzyk czy durny pies sąsiadow co chwila wala nasze zasieki. wypadaloby zrobic to porzadnie - ale inwestowac powazniejsze pieniadze w nieswoja ziemie? btw- na sporym zagonie tez wiele nie urosnie, bo wiekszosc roslin nie znosi az takiej wentylacji. myslalam o gestym, tanim, recyclingowym wiatrochronie /palety albo sciana z opon/, ale landlordowi sie to nie widzi. jako, ze ziemia mokra i gliniasta, chcialabym porobić grządki/beds - zeby bylo taniej i bardziej eko - z odzyskiwalnych materialow - przy okazji remontow w kontenerach mozna znalesc drzwi, ramy od łóżek, szafy - wszystko by sie nadawalo. ale Cytryna nie ma haka, a my i tak nie mamy przyczepy. pozyczac vana nie ma za bardzo od kogo. trzeba by kupic widły, rękawice, piłe, motyke, szpadel i pewnie jeszcze cos... odpuszcze sobie wyliczanie innych potrzeb /dzieci rosną!/

kryzys nie pomaga. na drugi samochod nas nie stac. na energetyzujace podróże tez. wychodne tez niełatwo zorganizować. praca Borsuka utrudnia towarzyskie wieczorki, poza tym - paliwo coraz drozsze, rozumiem znajomych, ze oszczedzaja i odwiedzaja nas rzadzej. izolacja, skromnosc funduszy, irlandzka pogoda = doły jak rów mariański, depresje jak noc podbiegunowa. ot, co.

wiec pora zweryfikowac marzenia. utopie dlatego sa utopiami, ze, jak Tytanik po zderzeniu z górą lodową - toną. marzenia mielismy piekne, szczytne, porywajace i pełne rozmachu. mieliśmy? wciąż mamy.

tylko może nie teraz i nie tutaj. a może nawet nie my?

a może kiedyś i gdzieś i jednak my?

 

jak na razie - plan przeprowadzki ON.

sobota, 19 stycznia 2013

takdo calkowitego wyjscia na prosta troche nam jeszcze brakuje - ale juz jestesmy na wyjsciu z luku /ci co motocyklem nie jezdzili, to nie wiedza, jak to sie robi ani jakie to uczucie, kiedy jeszcze zataczasz niezbedny kawalek krzywizny, dociskając calym sobą i prawami fizyki sprzęt do asfaltu, ale juz widzisz ten punkt, po którym smielej mozesz odkrecic manetke a motocykl prawie sam sie spionizuje i wystrzeli do przodu - ziuuuuum!/.

jeszcze nocne koncerty na cztery płuca i dwie krtanie dobiegaja z pokoju dziewczyn. Eli błyszczy srebrno pod nosem, ale nabiorą sie na to tylko bezdzietni. moje łokcie przypominaja o swoim istnieniu coraz rzadziej. czyli - wyjście z łuku.

spacer nad morzem zaliczylismy, nawet nie wialo za bardzo, ale temperatura do spółki z wilgotnością nas zahibernowały. rozgrzewajac sie goraca czekolada w dunmorskiej kafejce z widokiem na port, wpominalismy marzenia - ze Borsuk, stary menager knajpiany zawsze chcial miec swoja knajpke/kawiarnie/bistro, a ja kiedys/teraz znowu chcialam wegetrianska jadłodajnie prowadzić, z artystyczno-rękodzielniczym komisem w kącie. ze fajnie by bylo.

ot, takie mrzonki.

jakos nie wierze w Irlandie, nie widze tego w Waterford i obawiam sie konserwatyzmu tubylców. ale pomarzyc można!

 
1 , 2 , 3