|
Archiwum
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
Do patrzenia i podziwiania
Ecclesia
Gra mi w duszy
Inspiracje smakowe
Kontrowersyjne wiadomości dla myślących
Lubię i czytam
Miasto na W - najbardziej moje
Na poprawę humoru
Pasja nieugaszona
Podróże, przygody, przyszłość!
Rozmowy - podsłuchuję
Szablon - zawsze od...
Zakładka reklamowa @
|
piątek, 20 listopada 2009
czwartek, 19 listopada 2009
"kacolanda dolanda, myszke miki i gupi piesa" - to śpiewka Rutki od samego rana. a że wieje i leje wprost niewyobrażalnie /dla kogoś, kto tu nigdy nie był jesienią/, niech im będzie. na spacer nie ma co liczyć, dziecięcych atrakcji też na dziś nie mamy żadnych. piję najgenialniejszą kawę i zbieram siły. mimo deszczu trzeba będzie jechać na zakupy. zacząć przygotowania do szbatu /piatkowe popołudnie do sobotniego/. a w niedzielę liczni goście na obiedzie. etam, niech sobie wieje i leje. w domu sucho i ciepło, jakieś pieniądze jeszcze mamy, wszyscy zdrowi a dookoła pokój - to naprawdę dość błogosławieństw :) nieprawdaż?
wtorek, 17 listopada 2009
trzydzieści indyków i jedna krowa doczesne szczątki w/w trzeba przygotować do mrożenia ja żyję, aczkolwiek ledwie ot, idylla maleńka taka
poniedziałek, 16 listopada 2009
uwielbiam mieć gości! właściwie podpatrzyliśmy ten zwyczaj u naszych amisz-mennonitów. od kiedy chodzimy do tego Kościoła, zostaliśmy "wciągnięci" do tej machiny. i okazuje się, że jak dla nas, to genialne i chyba jedyne rozwiązanie. zaprzyjaźnionych ludzi zapraszać na niedzielne obiady. ze względu na tryb pracy MM ciężko nam prowadzić "normalne" życie towarzyskie. sześć wieczorów w tygodniu jeździ ;) lubię planować, co by tu zarobić dobrego do jedzenia. żeby było smacznie, zdrowo, dużo, w miarę szybko i niezbyt drogo. wiecie - ogromna lasagne, gar chili-con-carne albo leczo, może pizza, czasem żeberka. lubię, kiedy tłum butów i kłąb kurtek zawalają hall. lubię, kiedy zdziwieni goście odkrywają, że jest już TAK późno! lubię, kiedy kończy się zapas kubków i muszę sięgać po te rezerwowe. lubię, kiedy dzieciaki wywalą wszystkie zabawki, rozłożą kolejkę, nasypią chrupek, a przy wyjściu ryczą i domagają się znowu przyjść. lubię mieć przygowane "zapychacze dziobów", zeby rodzice mogli jeszcze chwilę pogadać - żelki, lizaki, chrupki czy lody. lubię, kiedy pożegnalne rozmowy w korytarzu trwają i trwają i nie mogą się skończyć... bo to wszystko znaczy, że nasi goście dobrze się u nas czuli, że spędzili miłe popołudnie, że rozmowy były ciekawe a dzieciaki poszalały. wreszcie - lubię tą ciszę nagle dźwięczącą w zabałaganionym domu. nie mam nic przeciwko temu, że dziewczyny padają spać w ubraniu i umazanymi buziami. mimo, że każdy marzy o dyskretnym padnięciu na twarz, wespół w zespół uwijam się z chłopakami, żeby ogarnąć dom i jak już paść, to we względnym porządku ;) ale - zeby nie było niejasności - nasz dom daleki jest od ideału! mebli mamy za mało i zewsząd wyłażą: książki, papiery, zabawki, kartonowe pudła, torby, maszyna do szycia, duperele, pierdoły, przydasie, drobne szpeja itp. w eleganckie obrusy, serwetki i zastawę stołową też jeszcze nie obrośliśmy. obrusy zmęczone praniem wspominają dawne posiłki, całkiem różne ale pożenione rodziny talerzy muszą się jakoś dogadać, każdy z urozmaiconego kompletu sztućców miałby co opowiadać. zawartość talerzy też nieraz budzi zdziwienie gości. makaron razowy, ryż pełnoziarnisty, dziwne przyprawy, mięso rzadko, soczewica często, cukier brązowy, a kawa organic i fair trade! ale jakoś to znoszą i zaproszeni ponownie - nie odmawiaja :) więc taka gościnna / tłoczna / głośna / smakowita / przegadana / zabałaganiona niedziela - to jest to!
niedziela, 15 listopada 2009
zastanawialiście się czasem, co to znaczy? nasza emigracja /..../ duchowa - bo coraz dalej od wszystkich a coraz bliżej do Prawdy /.../ i emigrujemy coraz dalej... to znaczy ciągłe, nieustające, niepopularne i niewygodne szukanie źródła, sensu, prawdy, powodu i celu. to szukanie, słuchanie, poznawanie i uczenie się B-ga. to trochę jak archeologia - kopanie coraz głębiej. albo jak pralnia - usuwanie naleciałości, plam i kurzu. albo ogrodnictwo - to są owoce, to liście, ale jak wyglądają korzenie? stąd nasze myśli emigrują ze znanych obszarów. stąd nasze lektury z coraz dziwniejszych księgarni. dlatego nasze rozmowy coraz mniej zrozumiałe dla znajomych. dlatego droga coraz węższa, a tłoku na niej już dawno nie ma. już kiedyś zapowiadałam zmiany w naszym życiu. coraz chętniej i częściej czytamy Bereszit, Szemot, Wajikra, Bamidbar, Dewarim oswajamy usta i uszy z prawdziwym imieniem próbujemy dopasować nasze życie z nowym /dla nas/ kalendarzem świąt czytamy, szukamy, dyskutujemy, uczymy się i znowu czytamy, szukamy.... właśnie zakończył się nasz pierwszy Szabat - symboliczny, niedoskonały, nieoswojony - ale prawdziwy i zgodny z wolą Najwyższego. to początek. i emigrujemy coraz dalej.... |